Rozdział II ” Ja już nigdy! Nevermore! Nie wybiorę pracy po pijaku”

W ostatnim rozdziale Jim Gordon pił, przerwał mu ten kulturalny moment jego kuzyn, patolog policyjny Dr Frank Stein.

-Jim. Wyglądasz jak kawał krasnoludzkiego gówna.- Jim nalał mu szklanicę, Dr Stein, był 30 letnim, brodaczem, który słynął z ciągłego siedzenia po nocy w swym laboratorium. Był także odległym kuzynem Gordona. Jego blada cera oraz ubłocony surdut, wskazywał, że po raz kolejny doktorek grzebał się w błocie.
-Przynajmniej się w nim nie taplam jak ty, śmierdzisz jak otwarty grób- Stein kiwnął głową, i zamówił kolejną butelkę whisky, usiadł do stolika i podkręcił światło w gazowej lampie.
-Taka robota, gratulacje, widzę, że mimo sukcesów, nadal cały pieniądz przepijasz- Gordon splunął za siebie i wyciągnął papierośnicę.
– Masz jakiś interes, czy znowu bawisz się w moje sumienie?- Stein pochylił się.
– Jest robota, ale ciii..- Wyszeptał kładąc kawałek papieru pod szklankę. Gordon spojrzał na niego podejrzliwie, niezależnie od niechlujnego wyglądu Stein, był raczej gościem wyższych sfer. Robota od niego łączyła się z dwoma punktami, spotkaniem z elitami, których Gordon nie znosił i dużymi pieniędzmi, którymi nie chciał gardzić. Zwłaszcza dodajmy, że przepijał właśnie czynsz. Spojrzał na naskrobany adres
– Maddison Avenue? Kurwa, za sam kurs tam zapłacę jak za elficką dziwkę!- Stein nalał mu kolejną szklankę, zapalił papierosa, wstał, poprawił strój i włożył kapelusz na głowę.
– Jak zwykle prowadzi się z tobą stymulującą konwersację, uwierz mi zarobisz na tej robocie. Do zobaczenia kuzynku, pozdrowię matkę od ciebie- Wyszedł z lokalu, a nasz bohater wpatrywał się w brudną szklanicę, nie wiedząc, że jedno już dawno powinien zrozumieć, nie podejmuj decyzji o pracy będąc całkowicie pijanym. Jednakże nie wiedząc tego Jim Gordon, postanowił, że z samego rana wyruszy na Madison Ave, co niedługo potem, jak możemy się domyśleć, będzie żałował.


Ranek zawitał do brudnego domu Jima Gordona, przez szczelinę w oknie, światło miało to do siebie, że idealnie uderzyło w oko zmęczonego człowieka. Tak, więc w podzięce detektyw powitał ranek gromkimi przekleństwami, wiele z nich dotyczyło barmanów, a dokładniej ich matek. Podniósł się z materacu, który robił mu za łóżko, kopnął rozkręcony budzik, który jak zwykle nie zadziałał i przeszedł do malutkiej kuchni, w której nastawił czajnik na kawę. Następnie walczył przez półgodziny z ubiorem, zwłaszcza ciasne spodnie sprawiały mu tego ranka niesamowity kłopot. Uporawszy się z tym, szybko wyszedł z ciasnego mieszkania, zbiegł po schodach, jak najciszej, bo warto przypomnieć, że czynsz został przepity. Wybiegłszy na ulicę, Gordon zdecydował wykorzystać, ten piękny poranek na spacer. U mechanicznego kioskarza kupił nową gazetę, jak zwykle wykorzystując jego przerdzewiałe trybiki, do oszukania maszyny, która z piskiem i prychnięciem starała się obliczyć resztę. Ulice NY były piękne tego lata, słońce świeciło, niezależnie, że co jakiś czas, jakiś zeppelin czy taksówka przysłaniało je. Po dłuższej podróży pojawiać się zaczęło więcej ludzi, a prawie na każdym rogu, można kupić piękny bukiet kwiatów, lub wspaniały sprzęt mechaniczny, taki jak odrzutowa mini lotnia, czy latarkę o nieskończonej baterii. Jednakże nic z tych rzeczy nie interesowało Jima Gordona, on bowiem, w końcu znalazł dom do którego zdążał. Był to biały hotel, który górował nad resztą budynków, nad wejściem wisiał wielki gargulec, którego mina wskazywała, że montowano go tu bez jego zgody. Detektyw westchnął i wszedł do środka, gdzie powitał go wielki kamerdyner o twarzy orka, ale manierach angielskiego hrabiego.
– Witam drogiego pana, pozwoli pan, że wezmę odzienie, zechcę się pan napić herbaty, Pani domu już oczekuje w pomieszczeniu gościnnym. – Gordon nie omieszkał skorzystać
z darmowego napitku, przetarł binokle, spojrzał na zegar i wszedł do wskazanego pomieszczenia. Starał się nie zastanawiać, skąd wiedziano, że zgodził się na tu zjawić, a tym bardziej pytać. Pomieszczenie dla gości zostało urządzone w przepiękny sposób, czerwone ściany, dębowe meble, a po środku tego siedziała młoda kobieta, ubrana w niebieską ciasną suknię, która nad wyraz ukazywała kształty pracodawczyni. Jej uroda wydawała się bardzo europejska, ciemne włosy, podobne oczy i karnacja, gdy się odezwała jej akcent wyjaśnił mu, z kim ma do czynienia.
-Witam. Nazywam się Marica Tesla, chciałabym by znalazł pan mego brata, Nikola Teslę.- Gordon rozsiadł się i napił się herbaty.
– Kiedy doszło do porwania?- Kobieta szybko i nerwowo odpowiedziała.
– 2 dni temu, ale wiem, kto to zrobił.-
– Więc czemu nie jest pani na policji?-
-Bo odpowiedzialny za to jest nasz burmistrz-. Jak dotąd konwersacja nie była zbyt miła, ale teraz Gordon miał ochotę wybiec i zapomnieć o sprawie, ale czarne oczy trzymały go w miejscu.
– Chce mi pani powiedzieć, że Thomas Edison porwał pani brata? Zadam teraz bardzo ważne pytanie..Dlaczego niby?- Marica Tesla spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Bo mój brat ma zamiar startować w wyborach? Nie czyta pan gazet? Jest sławnym naukowcem, wygrał z Edisonem sprawę w sądzie- Położyła teczkę na stole, a Gordon niechętnie ją otworzył.
– W środku znajdzie pan artykuły na temat mego drogiego brata, nasz przyjaciel pan Twain opisał całą sprawę w NY Times.-
– Nie jestem najlepszym prywaciarzem w tym mieście, ba ma pani pewnie więcej pieniędzy niż mój cały ród razem wzięty, dlaczego ja mam się zając tą sprawą?
– Polecono mi pana, jeśli uda się uporządkować tą sytuację bez zamieszania i administracji rządowej wszyscy wyjdziemy zadowoleni.- Gordon westchnął, Stein znowu nagadał coś w wielkim towarzystwie, co może spowodować więcej kłopotów niż korzyści, ale kłopoty były jego specjalnością…
– Występuje jeszcze sprawa mego wynagrodzenia..- Przerwała mu, jednocześnie wyjmując i wciskając niewielkie urządzenie.
– 1000 dolarów na wydatki od razu, 450 dziennie, plus premia za szybkie załatwienie sprawy.- Jim zaniemówił, ale szybko odzyskał tą umiejętność, by wydukać krótkie dobrze, gdy usłyszał świst i huk za sobą. Cecha mówienia znowu u niego zanikła, gdy odwrócił się ujrzał 2 metrowego robota, który spojrzał na niego dwoma złotymi lampami zamontowanymi na głowie i rzekł.
– Cóż to, ah drogi panie, co za makabra, mrok zapadł nad tym domostwem, czarny kruk dziś zasiadł na mym oknie i przepowiedział ten moment.- Głos był metaliczny i przerywany świstami i niekiedy wybuchami pary, co wywarło na naszym bohaterze niemałe wrażenie.
– To jest Poe, mój ochroniarz, będzie panu towarzyszył.- Gordon spojrzał na robota, a potem na Teslę.
– On jest um…myślący?- Robot w teatralny sposób żachnął się i złapał za głowę.
– Ah, co za inwektywa, myślący? Drogi panie piszę wiersze, potrafię, się porozumieć w sześciu językach, mógłbym tu przytoczyć jakże pasujący homerycki wers…-
– Ale nie przytoczysz Poe, bo pójdziesz z panem Gordonem i wspomożesz go w poszukiwaniach twego pana tak?- Marica zdawała się mieć silny wpływ na maszynę, bo ta skończyła z teatrem
i kiwnął głową. Gordon też kiwał, ale myśląc, co on zrobił, że mu to los zgotował. A dzień się dopiero zaczynał…

Mam stanowczo za dużo radochy w pisaniu tego czegoś… A coś czuje, że Poe będzie moją ulubioną postacią 😀

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: