Rozdział III „Takich trzech jak nas dwóch to nie ma ani jednego!”

Gdzie Gordon żałuje otrzymanej pracy, następnie prowadzi jednostronną konwersację z tłumem, dowiaduje się co potrafią poeci i ląduje w porcie. Tam nasza wesoła grupka spotyka inteligentnego chłopca i poznaje prawa robotnicze.

Jim Gordon nie zaczął zbyt dobrze tego dnia, bolała go głowa, wziął pracę, której nie powinien, ale musiał ze względu na brak pieniędzy, a do tego, ma na głowie najdziwniejszego robota na tej planecie.

– Drogi Panie, wydaje mi się, że dzień ten, mimo, że w mroku naszego zadania skąpany będzie, może być początkiem wspaniałej przyjaźni- Robot gadał właściwie prawie bez przerwy od wyjścia z domu Tesli.

– Może powiesz mi coś użytecznego, na przykład gdzie porwano, Teslę?- Odpalił papierosa i patrzał na ustrojstwo, które łaziło za nim. Były to 2 metry ciężkiej blachy, ogromne nogi, które podtrzymywały poskręcany korpus, na plecach zamontowano mały komin, z którego co rusz wylatywała para. Oplątany kablami i rurami robot, miał 2 ręce, które kończyły się prawie ludzkimi dłońmi. Głowa była nieproporcjonalnie mniejsza od reszty ciała i właściwie składała się z dwóch żółtych lamp, małego głośniczka i wysokiego czarnego kapelusza.

– Mój pan, uprowadzon został z laboratorium , gdzie pracował nad kolejnymi genialnymi wynalazkami, oh, zgorzo, dlaczegoż on!- Po raz kolejny teatralnie złapał się za głowę.

Gordon zaklął pod nosem. Chciał wrócić jak najszybciej do domu i obmyślić strategię działania, a puszka na poezje nie pomagała mu w tym. Naglę usłyszał podniesione głosy.

-Alesz panie, proszem mnie zostawić, ja tu ludzi rozwożem-

– Nigdzie się nie ruszysz się małpo, jesteś zbrodnią przeciwko ciężko pracującym nowojorczykom!- Głos był wysoki prawie piskliwy, ale ten pierwszy bardziej go zainteresował, bo go rozpoznał. Scena przedstawiała się nieciekawie, Orangutan stał przyparty do ściany przez gromadę brudnych ludzi, wielu z nich z kijami i nożami. Gordon spojrzał na robota, którego minę określić można jako „bez wyrazu”. Sięgnął za pasek i wyjął pistol, który dostał od ojca kilka lat temu. Jego pozłacana lufa, i dwa wielkie magazynki były zapewne najdroższą rzeczą jak posiadał,co więcej…

Rozległ się huk, a jedna z latarni nad tłumem roztrzaskała się na drobne.

…potrafiła przebić się przez niejedną ścianę. Kilka osób odsunęło się od taksówkarza. Ten zdziwiony starał się poprawić swą marynarkę, która ucierpiała we wcześniejszej dyskusji.

<!–[if gte mso 9]> Normal 0 21 MicrosoftInternetExplorer4 <![endif]–>

– Proponuje bardzo ładnie, byście wszyscy nagle przypomnieli sobie o wstawionych czajnikach i zostawionych żelazkach. – Rzekł spokojnie Jim.

– Te nie interesuj się, ta włochata kupa gówna obiera nam pracę.- Jeden z najbrudniejszych protestujących zaczął wymachiwać kijem w powietrzu.

– Jeżeli mam być szczery, wydaje mi się, że jeśli orangutan zabiera ci pracę, to oznaka, że to ty jesteś gówniany, a nie on. – Te może, sarkastyczne zdanie, wywołało łagodnie mówiąc negatywną reakcję, na naszego bohatera, który sam zaczął czuć się niepewnie wśród coraz to mniej normalnie wyglądających ludzi. Wielu z nich biednych i śmierdzących, miało właśnie ciężki przypadek wściekłego wytrzeszczu oczu jak i prawie pianę na ustach. Jak prawdziwy detektyw Gordon, powinien wyciągnąć wnioski z tych poszlak i zrozumieć, że konwersacja z tym tłumem nie zakończy się sukcesem.

– Przepraszam?- Mechaniczny głos za nim wydawał się bardzo, ale to bardzo spokojny. Słychać było pisk, zgrzyt i łomot, gdy jedna z rur na ręce Poe, zamieniła się lufę, a z drugiej ręki wysunęło się piętnastocentymetrowe ostrze.

– Wydaje się, że mój Pan, prosił waszą szanowną grupę o opuszczenie tego miejsca, wskazując, metaforycznie oczywiście, że dom jest lepszym punktem zbiorczym dla tak ciekawych ludzi- Gordon spojrzał się małą główkę robota i mógłby przysiąść, że ochroniarz spróbował mrugnąć. Tłum wydawać się można, nagle ostygł, część z grupy szybko, lecz kulturalnie zaczęła się rozchodzić.

– Nie wiedziałem, że potrafisz robić takie rzeczy.- Robot wyprostował się i przekrzywił głowę w niedowierzaniu.

– Jestem przecież ochroniarzem! Ah czuję już jedynie długi zew melancholii..- Zaczął recytować, gdy orangutan przerwał mu chrząknięciem.

– Erm. Nie chciałbym przeszkadzać tej pasjonującej konfersacyji, ale podziękować chciałpym za tą pomoc, brzydzem się przemocom i nie poradziłbym sobie bez waszego wsparcia.- Ukłonił się i rzekł.

– Imię me prawie nie wymawialne jest dla innych ssaków, dlatego tysz musimy ostać przy wymyślonym, powiedzmy Morgue, może być?- Jim machnął ręką na kolejne teatrum tego dnia.

– Co mi tam, mam nadzieje, że pojazd masz sprawny, bo przydałaby nam się transport.-

Orangutan wręcz przyklasnął pomysłowi i pobiegł za róg. Po chwili można było usłyszeć szum uruchamianej taksówki.

– Więc masz broń i nóż..cóż powinienem jeszcze coś wiedzieć?-

– Całkiem dobrze tańczę tango, szybko analizuje poszlaki i rozpoznam heksametr.-

– I masz poczucie humoru, świetnie.- Wsiedli do taksówki, w środku nasz bohater zaczął przeglądać dokumenty.

– Dokont lecim szefie?- Gordon przeglądał właśnie kolejny artykuł Twaina.

– Hm? Poe, podaj mu adres laboratorium Tesli.-

– Drogi wielkoludzie, niech twój statek niczym albatros skieruje swój dziób w stronę wybrzeży, gdzie wspaniałe statki lądują i gdzie przygoda czeka!.- Morgue odwrócił się
i z niedowierzaniem spojrzał na robota, minęła chwila niezręcznej ciszy.

– Do portu?-

– Ah…Tak do portu przyjacielu, do portu.- Na pysku orangutana pojawił się uśmiech.

– Muszem zaznaczyć, żem jeszcze takiej grupy nie wiózł, jak miło, że jeszcze butelkę szkockiej mam pod siedzeniem!- Gordon jakby wyrwany z zamyślenia, dopiero po chwili zrozumiał wcześniejsze zdanie. Było jednak za późno, taksówka wyruszyła.

Przerażające piętnaście minut później wylądowali w jednej z najbiedniejszych części Nowego Yorku. Port w większości wypełniony był, biednymi imigrantami, krasnoludami
i robotnikami. Tu pojawiła się tajemnicza grupa walcząca w imię praw robotniczych, tu także kwitł nielegalny handel teknologiami, co najważniejsze tu śmierdziało zawsze rybami.

Morgue wyskoczył z taksówki z pustą flaszką w łapie, poprawiając spodnie, krzywiąc się na zapach dystryktu.

– Jak w krasnoludzkim klopie, przysięgam, że łatwiej się oddycha w urzędzie pracy.- Gordon, który wciąż starał się dojść do siebie po locie, rozejrzał się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Poe wywlókł się z pojazdu, w akompaniamencie pisków i skrzypień rozprostował członki.

– Budynek którego szukamy, ma kolor zielony niczym głębiny morza, znajduje się naprzeciwko mieszkań wspaniałych pracowników tego obszaru.- Detektyw właściwie prawie ignorując maszynę, wypatrywał kogoś wśród mieszkańców. Wylądowali na małym placu, zbliżała się pora popołudniowa, tym samym większość robotników wychodziła z pracy, wśród tego barwnego tłumu, Gordon w końcu wypatrzył swój cel.

– Hej Charlie! Oi! Rusz zad młodzieńcze, gotówka czeka!- Niechętnie z tłumu ludzi wyszedł chłopak na oko 12 letni, ubrany w brudną kurtkę, poszarpane brązowe spodnie i bez butów.

– Mistrz Jim! Cóż za wspaniałe spotkanie! Rad jestem widząc pański portfel szefie.- Młodzieniec widać był zaprawiony w życiu ulicy, zza pazuchy wyjął jabłko i zaczął je dokładnie obgryzać.

– Jak życie dzieciaku?-

– Ah wie pan, Szczęśliwy jest ten, kto mając 20 centów dochodu tygodniowo wydaje 19 i 1/2, nieszczęśliwym zaś ten, kto pobiera 20 centów, a wydatki jego wynoszą 20 i 1/2.- Gordon znieruchomiał słysząc te słowa, sięgnął do kieszeni i rzucł mu kilkanaście dolarów.

– Potrzebuje twojej pomocy Charlie, wiedziałeś, że tu jeden jajogłowy pracował?-

– Ano, Tesla, bawił się prądem, dawno go nie było.- Gordon kucnął przy dziecku.

– W tym jest cały trybik zagubiony, porwano go, i to do tego tutaj. – Chłopiec, przestał, jeść i wyjął z kieszeni brudną czapkę, którą umiejscowił na swej wielkiej czuprynie.

– Ubrałem swą czapkę-myślówkę, wiem, czego potrzebujesz staruszku, puszczam wici w ruch, odezwę się w ciągu kilku godzin.- Znikł równie szybko jak się zjawił, zostawiając po sobie jedynie ogryzek. Tłum powoli się przerzedzał, lecz ci którzy zostali, głownie umorusane krasnoludy, wydawały się mieć jakiś problem.

– Czy to pewne, że chłopiec ten nie ulotni się jak poranna rosa?- Gordon spojrzał na robota, podczas gdy orangutan przestawiał taksówkę z dala od rosnącego tłumu. Zdawali się zbliżać, do miejsca pracy, czyli okratowanej stoczni, przy której niepewnie stała para strażników. Dzień robił się pochmurny, ale nie tak jak nastroje w tym porcie. Gdybym miał jakiś olej w głowie, zbiegłbym do brata w Teksasie, pomyślał nasz bohater. Problem jest w tym, że nigdy nie zrezygnowałem z zadania, niezależnie, że potrafiło się to dla mnie źle skończyć.

– Młody Dickens da se radę, o wiele bardziej niż my byśmy sami szukali- Krasnoludy zdawały się milczeniem dawać do zrozumienia, że nie podobała się im wypłata, gdzieś z dala można było usłyszeć pojedyncze okrzyki.

– Eh szefie?- Zaczął orangutan rozglądając się po okolicy.

– Wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z klasą pracującą. Co więcej zobaczymy jakie mają prawa.- Gordon szybko starał się odsunąć od powstającej rozróby.

– Jakie to mają prawa niby?- Robot starał się nonszalancko, lecz szybko podążać za detektywem, przy jego masie i płynności, było to raczej nieudany spektakl, ostatni w stronę ukochanej taksówki szedł Morgue.

– Prawo do bicia każdego kto im źle zapłaci to raz…- Nie skończył, nad nimi właśnie leciała pierwsza butelka z benzyną…

C.d.n.

Ah trochę dłuższy, ale myślę, że łapie w końcu ton historii i co więcej trochę lepiej w kwestii dialogów, które są jak wiadomo głównym aspektem historyjki. Jutro wolne, więc będę pisał jak dziki pewnie. Miłej nocy, mam nadzieje, że się podoba, bo mi samo pisanie radoche daje.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: