Rozdział V ” Ile można gadać? Nazywamy to ekspozycją”

W którym nasi bohaterowie tłuką robota, potem następuje rozdział wypełniony fabułą.

W pokoju było ciemno i duszno. Pierwszy ostrożnie wsunął się Gordon, w dłoni trzymał pistol. Jego mina wskazywałą, że nie warto go zaczepiać. Za nim po cichu( w miarę możliwości) szedł Poe, zamykał pochód Morgue.

– Wspominałem wam, że boję sie ciemności?- Orangutan nerwowo rozejrzał się po pomieszczeniu.

-Wspaniały moment na takie zwierzenia.- Mruknął detektyw.

Korytarz kończył się schodami w górę. Grupa bohatersko sprostała temu zadaniu, by natrafić na kolejne drzwi. Jednym nerwowoym szarpnięciem Gordon otworzył je, następnie wrzasnął, gdy ogromny robot wpadł na niego monotonnie powtarzając.

-nie jesteś tu mile widziany, nie jesteś tu mile widziany…- jego wielkie łapy przygniotły detektywa do najbliższej ściany.

-Zdejmijcie go ze mnie!!- Poe podszedł do walczących i wyprowadził cios, który zatrząsł niewielką głową robota. To jakby odwróciło uwagę od Gordona, obie maszyny starły się z hukiem i wpadły do pomieszczenia. Przez krótką chwile wymieniały ciosy, gdy Poe wysunął ostrze i zagłębił je w przeciwniku. Z rany wyciekł olej, jednak nie spowolniło to maszyny, która uderzyła z głowy Poe, następnie starał się wyciągnąć ostrze, które zaklinowało się w kablach i rurach z których składał się tłów.

– E blacho.- Walka się zatrzymała, oba roboty w tym samym momencie spojrzały się do tyłu. Gordon odpalił sobie papierosa jedną ręką, w drugiej widniał pistol.

– Padnij.- Huk wystrzału wstrząsnął budynkiem, pocisk trafił w szyje urywając część metalu. Poe odsunął się od zataczającego przeciwnika, który teraz starał się prawie na oślep atakować co popadnie. Morgue sapnął zyirytowany i podskoczył.

-Uuk.- Z tym bohaterskim okrzykiem złapał się kabli, podleciał to robota i jedną ręką wyrwał mu głowę. Wylądował z gracją i wyrzucił trofeum przez okno. Maszyna upadła wydając kilka ciężkich do zlokalizowania dźwięków.

-Brzydzisz się przemocą co?- Gordon łapał oddech.

– Nie powiedziałem, że jej nie uprafiam.- Uśmiech na twrzy orangutana wskazywał, że cała akcja podobała mu się niezmiernie.

– A przy okazji wrzeszczysz jak baba.- Poe podszedł do zwłok i prychnął z niezadowoleniem.

– Co za stary model, nic dziwnego, że nie mieliśmy z nim kłopotu.- Gordon rozejrzał się po wielkim pomieszczeniu. Całe pomieszczenie wypełnione bylo częściami robotów, jak nie na stołach to podłogach i w wielkich szafach. Słabe oświetlenie nie dało dokładnie określić wielkości pomieszczenia, ale było w stanie całkowitego chaosu, ktoś wyniósł się stąd bardzo szybko i nerwowo.

– Dobra wy szukacjie dokumentów dla naszego rewolucjonisty, a ja poszukam czegoś co powie nam gdzie zniknął Tesla.- Na podłodze leżały stosy papierów, detektyw klęknął i zaczął je przeglądać. Orangutan zaczął uważnie przyglądać się niektórym robotom. Poe tymczasem podszedł do jednej z szafek otworzył ją, by ujrzeć stosy papierów zwiniętych w rulony.

– NIech sprawdzę, R…o mam.- Zadowolny z siebie wypuścił kłąb pary z komina. Morgue złapał za jedną z leżących mechanicznych rąk i zaczął się nią bawić jednocześnie podchodząc do Poe.

– To chociaż zerknijmy co to takiego.- Gordon nie podnosząc się z podłogi stwierdził.

– Nie. Nie zaglądamy do papierów, których żąda od nas pierdolnięty fanatyk rewolucyjny.-

– To standardowy banał mojego zawodu, gdy robisz zadanie dla jakiegoś świra, rób dokładnie to co chcę, bo inaczej będzie chciał się mścić, a to oznacza dużo uciekania, strzelania i innych bzdur. Nie zaglądamy do dokumentów.- Stwierdził wstając, robot ostrożnie trzymał jedną ręką orangutana na dystans.

– Jesteś strasznie obeznany w tym temacie, można wiedzieć skąd ?- Gordon odwrócił się do niego i uśmiechnął.

– Jak tylko dasz mi znać gdzie zgubiłeś swój kwiecisty styl mówienia, jak tylko wyszliśmy od Tesli, zrobił się prawie chicagowski prawnik.- Poe prychnął.

– Poeta nie musi zawsze czuć potrzeby dzielenia się swymi kunsztem z filistynami. –

-Mhm, ale ja jestem z Seatle.-  Detektyw zaczął przeglądać kolejną partię papierów na stole. Nagle złapał za kawałek kartki i wręczył ją bez słowa robotowi.

Dokument był częścią faktury wydawanej przy zakupie biletu pociągowego. Wskazywał jedną nazwę: Teksas.

– On nie został porwany tylko uciekł, pytanie brzmi dlaczego-

– Proste, Edison mu zagrosił, albo ten czerwony mu zagrosił, winc uciekł- Morgue drapał się nowo zdobytą ręką po plecach.

-No dobra znikamy stąd, trzeba podejść do, jak go ładnie nazwałeś, czerwonego, a potem będę miał średnio miłą konwersacje z panią Tesla. – Wyszli na zewnątrz, była już ciemna noc, od strony morza powiał zimny wiatr.

– Dickens dzieciaku, nie każ  mi stać na mrozie!- Krzyknął w ciemność Gordon, co szokujące, bo zaraz z jednego z baraków wybiegł młody Charles i skierował się ku naszym bohaterom.

– Się wie, tylko przysnąłem na momencik, za kilka godzin wstaję do pracy.- Przetarł oczy i kazał ruszyć za sobą. Po kilku wypełnionych mrozem chwilach znaleźli się z powrotem u rewolucyjnego krasnoluda . Ten przywitał ich w drzwiach przegonił Dickensa i złapał za wręczane mu papiery.

– Ah dzięki, dzięki. Zaglądaliście do środka?- Spytał czujnie.

-Nie. Możemy już iść? Muszę naoliwić robota i wyiskać tą małpkę, więc mi się spieszy- Krasnolud parsknął śmiechem.

– Rozumiem, że coś już wiesz? Więc gdzie siedzi stary szaleniec?- Gordon odpalił papierosa i uśmiechnął się.

– Odpowiedź na to pytanie brzmi, nie twój interes- Po raz kolejny temperatura w pomieszczeniu spadła.

-Rozumiem. Dziękuje więc za współpracę i życzę miłego wieczoru-

Wyjeżdżając z portu Morgue odwrócił sie do Gordona który prawie leżał na tylnym siedzeniu.

– Czy to był dobry pomysł irytować tego krasnoluda- Nie podnosząc głowy detektyw rzekł.

-Nie. Ale jestem zbyt zmęczony na to by się interesować, bo wiem jedno- Teraz nawet Poe odwrócił się w stronę Jima.

– Jeżeli Teksas, to oznacza kowbojów, nienawidzę kowbojów. A dodatkowo w tym przeklętym miejscu, siedzi mój brat-

– To źle?-

-Ostatnim razem widziałem go pięć lat temu i dałem mu w łeb-

– No tak, to nie jest tak tragicznie jeszcze…- Gordon raczył w końcu podnieść głowę.

– Tak, bo on strzelił mi w brzuch z colta-

Resztę drogi spędzili w milczeniu…

W końcu, sweet baby jezuz on a pogo stick. Trzy razy mi się komp wieszał podczas pisania tego. I do tego to były 3 rózne kompy! U mnie spokój. Dzień wolny od pracy, pościągałem kilka ciekawych starszych filmów, którymi się zainteresuje przez resztę dnia. Oprócz tego właściwie nie mam nic więcej do dodania. poza faktem, że tak będą kowboje i będzie napad na pociąg. Pa pa.

Advertisements

2 Responses to Rozdział V ” Ile można gadać? Nazywamy to ekspozycją”

  1. JeszaPerytektyka says:

    Pomysł świetny, styl zabawny, ironiczny. Widzę kilka inspiracji, ale in plus, in plus! Gdzie poprzednie części?

    • pbarwik says:

      dzięki za reckę, już teraz powinno być w miarę łatwo dostać się do poprzednich rozdziałów 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: