Rozdział VI „Wynajmujesz to mieszkanie szopom?”

W którym tłumaczymy się, deklamujemy wierszyki, chlejemy. Następnie widzimy w końcu dom Gordona, który równie dobrze może robić za śmietnik, by poznać na koniec kolejną ciekawą postać. Jej pojawienie wywoła kilka wybuchów w następnym rozdziale i dużą ilość krwi.

Dzień później Jim Gordon siedział w kuchni pani Tesla i spokojnie po raz piąty tłumaczył sytuacje. Siedzieli przy małym stole popijając herbatę. Ona ubrana była w szlafrok, jeszcze nie całkiem przebudzona, co chwilę drapała się w głowę. On w czarną marynarkę, szare spodnie, kapelusz położył na stole, przy nodze leżała torba podróżna. Ciepło herbaty zdawało się uciekać przez na wpółotwarte okno – Sam uciekł?- Powtórzyła. – Tak proszę pani. Jestem gotowy do podróży, mi to nie stwarza problemu, nie przy pensji, jaką dostaje. Musi jednak pani zgodzić się na to.- Przymknęła oczy i schowała twarz w dłoniach. Oboje milczeli przez kilka sekund. – Niech pan pojedzie do Teksasu i się dowie, chociaż czy ten kretyn ma zamiar wrócić…- – …Czy żyje.- Jej głos złamał się na chwilę, na krótką sekundę dało się zobaczyć w dotychczasowej ścianie lodu. Gordon milczał, gdy jego klientka powoli zbierała się do kupy. Nie lubił tej części pracy, bywał na gorszych spotkaniach. Musiał często informować o zdradach, śmierci, przedawkowaniach czy (właśnie) ucieczkach. Było coś jednak w nim, co czuło potrzebę bycia w takich sytuacjach, perwersyjna chęć oglądania cierpienia innych ludzi. Nie, dlatego, że sam swych nie miał, oh nie, Jim Gordon miał za sobą wystarczająco dużo bólu, by obdarować kilka osób, on po prostu oderwał się od tego, i obserwował teraz Teslę jak naukowiec. Całkowicie bez skrupułów, patrzał na zmęczenie i zrozumiał, że to nie pierwszy raz, gdy ta kobieta została postawiona w takiej sytuacji. Wstał po cichu, dopił herbatę i złapał za kapelusz. – Mój pociąg wyjeżdża za godzinę, odezwę się jak będę na miejscu.- Kiwnęła głową, wyszedł szybko, złapał od trolla płaszcz i kolejną partię pieniędzy i wyszedł na zewnątrz. Przywitał go wczesnorankowy mróz i Poe który zachwycał przechodzących ludzi krótkim poematem. – O! gdzie miłość stawia siatki, Nie figlujcie, moje dziatki! Bo z miłością figlów nie ma: Jak was złapie, to zatrzyma!- Kilku stojących ludzi, w tym dwóch policjantów zaklaskało uprzejmie. Gordon złapał robota i pociągnął za sobą. – Idziem wierszokleto, czas ruszać na pociąg, Teksas czeka.- Ten odwrócił się i poprawił cylinder na głowie. – Chociażbyś poczekał, do oklasków.- Jim westchnął ciągnąc maszynę za sobą. – Musimy jeszcze wejść do mojego mieszkania, wezmę kilka rzeczy…-przerwał mu szum silnika taksówki. Pojazd podleciał do nich i zatrzymał się w powietrzu, z okna pasażera wychylił się Morgue z piersiówką w łapie, wydawał się lekko pijany. – Eej ssaki wskakujcie na pokład, bo nie zdążym. – Gordon uśmiechnął się i odpowiedział. – Morgue, nie masz żadnego długu wobec nas, jeśli miałeś spłaciłeś go wczoraj, nie mogę cię zmuszać do..- Orangutan przerwał mu. – Zamknij łep i wskakuj, mój syn mnie, w pracy zastępuje, a ja tyle radochy nie miałem od czasu jak mój wuj uciekł z zoo.- Nastała krotka cisza. – Zresztą…-Morgue zniknął na chwilę w oknie, by zjawić się z trzema biletami w ręku. -…kupiłem już bilety!- To właściwie można rzecz przypieczętowało już dyskusje. Po krótkim przywitaniu z synem Morgue’a wyruszyli w stronę domu Gordona. Podróż lecącą taksówką, posiada wiele plusów, widok na NY z góry to zapierające dech w piersiach wydarzenie. Jima jednak nie interesowało miasto, bardziej fakt, że będzie musiał prawdopodobnie spotkać się z swym bratem. Starał się jednak nie ukazywać swego humoru, chwilę wypytywał syna Morgue’a o pracę, by w końcu zamilknąć i wpatrywać się przez okno. Z tyłu tymczasem orangutan starał się wlać w Poe’go trochę alkoholu, na co reakcja była łagodnie mówiąc negatywna. Drugą przeszkodą okazały się częste skręty, które wylewały alkwhiskyohol. – Do diabła synku! Nie spiesz się tak i tak zdążym.- Poe zabrał mu butelkę i podał ją Gordonowi, który łyknął szybko resztkę . – Pamiętaj, że Lepiej być o trzy godziny za wcześnie niż o minutę za późno.- Robot wypuścił z siebie obłok pary jako oznakę dumy z nowo powstałego zdanka. – Taaa, wierszokleto, a właściwie, po co jedziemy do ciebie jeszczem? –Gordon rzucił mu z powrotem butelkę. – Po moje rzeczy grubasku. Ciuchy, broń, alkohol.- Orangutan oburzył się i poprawił kamizelkę, która wydawała się przerywać na bokach. – Bah to są mięśnie, mógłbym wyrwać ci głowę i się nie zgrzać.- Poe odwrócił się do niego i spokojnie dodał od siebie. – I ja to mógłbym zrobić, a nie mam tony sadła na sobie.- Morgue zamilknął. Tylko prychnął do siebie. Po kilku kolejnych dyskusjach w końcu wylądowali przed domem Gordona. Właściwie mieszkaniem, kamienica, w której sypiał, wydawała się rozpadać, szary kamień, obdarte ściany, a także para nastolatków siedzących na schodach. Gordon podszedł do młodych rzucił w nich papierosem. – Spieprzać, bo matka was zobaczy i znowu będzie się darła, że nie szukacie roboty.- Ten młodszy, ubrany w podarte spodnie, czerwoną kamizelkę i beret, odpalił papierosa. – Dobrze wiesz, że pracuje Gordon, w tym momencie robię, a ty przeszkadzasz.- Gordon klepnął go w łeb. Drugi z braci schował za ucho papierosa i poprawił niebieską czapkę, dopiero, gdy się im przyjrzeć, zauważyć by można, że są bliźniakami. – Nie do południa, ilu klientów możesz mieć, spieprzaj już.- Weszli do środka. Mieszkanie było w tragicznym stanie, zamiast łóżka leżał materac. Kuchni nie było jedynie zlew w rogu, ściany były zabrudzone, wszędzie leżały notatki i mapy. W jednym rogu stała szafka wypełniona listami, Poe podszedł do niej i złapał za jeden z listów. – Co to?- Gordon krzątał się po mieszkaniu łapiąc ciuchy i wrzucając je do torby. -Hm? Ah niekiedy dostaje listy z podziękowaniami, mam zamiar je wywalić, ale jakoś nigdy nie mogę się na to zdobyć.- Poe otwierał kolejne szafki, Morgue podszedł do niego i złapał się za głowę zadziwiony, – Tego tu som setki!- Ile ty już pracujesz?- Gordon zamykał właśnie torbę, zarzucił czarny płaszcz i ruszył w stronę wyjścia. -Za długo, możemy już iść?- W milczeniu opuścili mieszkanie. Na klatce jeszcze detektyw walczył z zamkiem, następnie ryknął na sąsiada, który głośno grał na pianinie. Gdy wsiadali do taksówki, Jim wydawał się jeszcze bardziej odległy niż dotąd. Dworzec główny miasta Nowy Jork był ogromny, całkiem możliwe, że największą stacją po tej stronie morza. Ogromny renesansowy czerwony budynek z złotym zegarem zamontowanym po środku. Wokół co chwile lądowały nowe taksówki, dochodziło południe, oznaczało to zwiększony ruch. Podczas gdy Morgue żegnał się z synem, Poe z Gordonem złapali za bagaże i ruszyli w stronę wejścia. – Dawno nie latałem ciekawe czy zmienili coś w…-Gordon przerwał, gdy ogromny huk rozniósł się po okolicy. Zza budynku uniosła się chmura dymu, ogromna kolej wystrzeliła w tory. -Nie, nie zmienili.- Odpowiedział spokojnie Poe, podnosząc bagaże z ziemi. Weszli do środka, Jim odpalił papierosa i zaklął pod nosem. Nie czuł się najlepiej, a podróż piekielną maszyną nie wprawiała go w radosny nastrój. Lekkim ruchem ukradł jednemu trollowi dzisiejszą gazetę i stojąc w kolejce do kas przejrzał najnowsze wiadomości. Gazeta wypełniona była standardowymi bzdurami, które nie dosyć, że zanudzały to jeszcze w większości były wymyślone przez ludzi burmistrza. Jedyna informacja, która go zainteresowała, była krótka wzmianka o zniknięciu Tesli (wraz z oskarżeniami o brak czystości krwi), oraz o rosnących napięciach w dokach. Dziennikarz przewidywał duże zamieszki w najbliższym czasie, zwłaszcza, że mer Edison przepowiadał, zmniejszenie zatrudnienia w przemyśle, zwłaszcza, że wymyślano maszyny robotnicze, co mogło zlikwidować pewne potrzeby. Po zakończeniu spraw z biletami, nasza grupa bohaterów znalazła swój przedział i w końcu usiadła. – Więc jaki jest plan?- Morgue wyciągnął z jednej z toreb piersiówkę i łyknął. – Odpocząć w trakcie jazdy, zjawić się na miejscu, ominąć mego brata i zasięgnąć języka, Tesla to naukowiec, komuś rzucił się w oczy.- Jim zapiął się i zasunął sobie cylinder na oczy. Przed nimi była długa podróż, która zaprowadzi ich o wiele dalej niż by sami chcieli. Póki co jednak będą mieli innny problem na głowie. Bowiem tym samym pociągiem jedzie jeden trudny więzień, obstawiony zewsząd policjantami. Jego imię to Jesse James i nie był zadowolony ze swej pozycji, oj nie.

huh no ruszyłem to gówno w końću.  VII rozdział w trakcie planowania. mam kilka wizji (scenek), które składają się na to co będzie się działo. Będą latające konie, atak na pociąg, duża ilość strzelania, no i pokaże braciszka Gordona, który jest o wiele milszy i ogólnie ogarnięty.

Advertisements

One Response to Rozdział VI „Wynajmujesz to mieszkanie szopom?”

  1. RCA says:

    A gdzie akapity?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: