Rozdział VII „Przemoc nie jest wyjściem, ale zabrakło nam drzwi”

Gdzie poznajemy dokładnie nową postać, która miła jest dla świata, następnie gramy w szachy, skaczemy po całym pociągu, cytujemy łacinie, zabijamy, zachowujemy się jak prawdziwi twardziele, by na koniec stać się kulasami.

Jesse James naprawdę lubił zabijać. Dlatego gdy złapano go w Nowym Jorku wściekł się, a teraz jego humor nie ulegał polepszeniu. Siedział w wagonie towarowym, jego czterech strażników siedziało przy stole i grało w karty. Każdy z nich był ubrany w brązowe płaszcze, kapelusze i wielkie spluwy, co więcej każdy jeden był wyszkolonym łowcą głów. Niezależnie od komentarzy nikt nie zwracał na niego uwagi, tym samym Jesse robił to, co zwykle, obmyślał jak ich wszystkich pozabija. Był przykuty do ziemi, co zapewne można było naprawić.

– Serio jak mnie wypuścicie to zabije was szybko. Obiecuje.- Strażnicy parsknęli śmiechem, było ich pięciu, co oznaczało około w najtrudniejszej sytuacji 10 minut pracy. Więc kontynuował ją

– Ej Billy twoja żona cię ostatnio chciała pozdrowić, ale zapchałem jej usta.- Siedzący najbliżej strażnik odwrócił się powoli w jego stronę. Jego mina nie wyrażała aprobaty.

– Nie no żartowałem…mówiłem o twojej córeczce.- Billy nie był nerwowym człowiekiem, ale od czasu jak przypadkiem wygadał się o rodzinie, James był naprawdę konkretnie dokładny, co do swoich przedsięwzięć wobec ich. I właśnie w tym momencie zamierzał wyjaśnić, co o tym myśli. Reszta strażników nawet nie przerwała grać, co jakiś czas Jesse dostawał po łbie, zresztą bardzo zasłużenie. Pierwszy cios lekko zakręcił zabójcą, ten  splunął krwią na podłogę, usadowił na krześle i uśmiechnął się.

– Żonę chyba bijesz mocniej, bo jak nie to pewnie właśnie się puszcza. – Kolejne uderzenie położyło Jamesa na ziemi, Billy posadził go z powrotem na krześle, złapał za brudne włosy
i przybliżył do twarzy.

-Masz coś jeszcze do powiedzenia śmieciu- Jesse się uśmiechnął się szeroko, brakowało mu zęba, krwawił z ust. Brakujący element jamy ustnej wypluł strażnikowi w oko. Ten się zachwiał i wpadł na bandytę, reszta złapała za broń. Niestety dla nich za późno, Jesse James miał w rękach pistolet, oznaczało to wiele śmierci.

Kilka minut później z pomieszczenia wychodzi rewolwerowiec, ma na sobie płaszcz z kilkoma dziurami, poprawia kapelusz uśmiecha się do odbicia w przedziale i spokojnie idzie przez pomieszczenie. Zwalnia, uśmiech zanika. Po drugiej stronie wagonu stał Jim Gordon
i był równie zdziwiony, co on…

Wcześniej

Podróż dla naszych bohaterów przez pierwszy dzień trwała spokojnie orangutan spał, a Poe z detektywem grał w szachy, namiętnie go ogrywając dodajmy. Następne przedpołudnie nie wyglądało inaczej, Morgue gapił się przez okno.

– Kurf…- Jim zmielił w ustach przekleństwo i przysiadł na kanapie. Mieli cały przedział dla siebie, do tego w pierwszej klasie, co ułatwiało im podróż.

-Nic innego nie robię jak przegrywam z tobą w pieprzone szachy, tak ma wyglądać ta podróż to strzelę se w łeb.- Złapał się za głowę, Poe rozłożył na nowo partię i rzekł.

– Ktoś powiedział, że życie jest za krótkie, żeby grać w szachy, ale to wina życia, nie szachów. – Gordon parsknął śmiechem, Morgue odwrócił się do reszty.

– Ktoś za nami jedzie.- Reszta bohaterów odwróciła się do niego.

– A wypiłeś ile dziś?- Poe zaczął podrzucać pionki. Morgue wychylił się i złapał za jeden z nich.

– Ani jednego kielicha nie mam w sobie, zresztą robią to chyba od wczoraj.- Gordon podszedł do okna, na horyzoncie widać było kilka koni, zdawały się nie dotykać ziemi.

– Dobra wy siedźcie tu, ja idę przejść się po pociągu, może coś wyniucham.- Jim wstał, po chwili wahania złapał za pistolet i schował go z tyłu spodni.

– Iśc z tobą? Może przydać ci się pomoc.- Morgue podniósł ogromne ciało.

– Wiesz czego potrzebuje? Drinka, potrzebuje dużego ubezpieczenia na życie, wakacji. Potrzebuje chatki w lesie, mam jedynie pijackiego orangutana, poetyckiego robota i pistolet, to ostatnie w tym momencie najbardziej mi się przyda.- Następnie zarzucił czarną marynarkę i wyszedł z pomieszczenia. Szedł do końca pociągu poszukując ochrony, która magicznie znikła, co nie poprawiało mu humoru. Przed wejściem do ostatniego wagonu usłyszał kilka szybkich strzałów, westchnął i wszedł do niego, tam ujrzał Jesse James’a, który wychodził z wagonu towarowego. Chwilę patrzyli na siebie bez ruchu. Rewolwerowiec przełknął głośno ślinę.

– Witaj…-Gordon mu przerwał obserwując jego ręce.

– Masz dziury w płaszczu, słyszałem strzały przed sekundą…Do tego poznaje twarz z zdjęć policyjnych.-Oboje drgnęli, dłonie złapały za kolby. Jesse uśmiechnął się.

– A teraz pomyśl. Widziałeś zdjęcia to i pewnie widziałeś akta.- Gordon wpatrywał się w broń bandyty.

– Wiesz, że jestem szybszy, wiesz, co się stanie jak wyjmę broń. Nie wyglądasz na łowcę głów, a ja na dziś się na zabijałem. Moi ludzie już nadjeżdżają, schowaj się i nie wychylaj to przeżyjesz.- Gordon rzeczywiście czytał akta, co oznaczało, że wiedział, że James kłamie i jak tylko się odwróci to strzeli mu w plecy. Rozejrzał się po dosyć wąskim pomieszczeniu, jedyną rzeczą, która stała na drodze, był mały stolik z kawą zostawiony przez obsługę. Gordon nagle uśmiechnął się do siebie.

– Z tego, co wyczytałem to jesteś leworęczny.- James wyczekiwał puenty trzymając rękę na broni.

-A to oznacza…- Nie dokończył tylko kopnął stolik w lekko wysuniętą nogę bandyty, który w tym samym momencie wyciągnął broń i strzelił. Jednak nasz bohater już był na ziemi
i wczołgiwał się do jednego z przedziałów.

-Zarżnę cię jak psa!!- Rewolwerowiec klął masując się po nodze, doładował broń, sprawdził drugi pistol. Przykucnięty podchodził do przedziału Gordona.

Ten z kolei klął zamknięty w pustym przedziale, zablokował zamek i sprawdził ilość naboi. Gdzieś z przodu pociągu rozległy się strzały.

– Kurwa, oczywiście, że w moim pociągu, jakby inaczej.- Usiadł, gdy kilka wystrzałów zniszczyło szybę nad nim. Z rykiem podniósł się i wyważył drzwi wpadając na James’a. Razem odbili się od ściany i wylądowali na tyłkach. Pierwszy poderwał się Jesse,
ale natychmiast znowu wylądował na ziemi, po otrzymaniu ciosu z pistolu. Jim podniósł się i wycelował w głowę przeciwnika, a w tym samym momencie coś uderzyło o ścianę przedziału…

Kilka minut wcześniej

Poe i Morgue siedzą w ciszy patrząc przez okno przedziału.

– Niedługo nas złapią.- Morgue pociągnął potężny łyk z butelki.- Poe wyjął z jednej z toreb małą lunetę, którą przymocował do ramienia.

– Otwórz okno, spróbuje im się przyjrzeć. – Orangutan prychnął ze zdziwieniem, ale posłusznie otworzył je. Popołudniowe słońce wpadło do przedziału.

– Gdzie Gordon polazł, tosz to jakieś szaleństfo.- Kolejny łyk nie uspokoił Morgue’a jedynie podburzał go bardziej i bardziej. Poe przestał patrzeć przez lunetę i położył rękę na jego ramieniu.

– Wiem, że nie lubisz przemocy, ale zaraz całe morze jej tu wpłynie, więc muszę wiedzieć, czy będziesz w stanie mi pomóc.-

– Daj mi broń to rozwalę im łby, jeśli będzie taka potrzeba, ale nie wiemy…-Wywód został przerwany kilkoma wystrzałami z tyłu pociągu. Miejsc gdzie prawdopodobnie przebywał Gordon. Obaj bohaterowie spojrzeli na siebie.

-Gordon.- Poe spojrzał raz jeszcze przez okno, tym razem spojrzał w górę.

– Tak Gordon. Bierz za ten długi pakunek, to pistol, naboje są na stoliku, zaraz coś się będzie działo.- Morgue zaczął odwiązywać sprzęt, Poe pyknął z niezadowoleniem chmurę pary
i wysunął ostrze z nadgarstka.

– Skąd ten pośpiech?-

– Stąd, że na dachu lądować będzie zaraz żyrokopter, a jeśli zatrzymają pociąg, będzie źle. Trzymaj tych jak najdalej, ja idę na przód. – Poe wyszedł z przedziału, a Morgue zamontował lunetę na pistolu i wycelował przez okno.

– Pięć lat w wojsku, zaraz się dowiedzą, kto nie daję się do walki.-

Poe przechodził z swego wagonu do jadalni, gdy zauważył rewolwerowców wchodzących z drugiej strony. Ludzi było pięciu, ubrani w zakurzone płaszcze i kapelusze, wyglądali jak prosto z groszowych opowieści, które czytała jego szefowa. Pomieszczenie nie było za duże, bliżej robota postawiony był wspaniały dębowy bar, przy którym siedziało kilka osób, reszta terenu usiana była krzesłami i stolikami. Wszyscy wraz z barmanem zamarli, rewolwerowcy złapali za broń, a Poe zamknął przed sobą drzwi. Przez sekundę patrzył na nie.

– Jak przychodzi, co, do czego to nawet nie wiesz, co powiedzieć. Wspaniały poeta.- Z ramienia wysunęła się broń. Drzwi zamaszyście się otworzyły, przed robotem stał zaszokowany bandyta, przerażone oczy wpatrywały się w swego przeciwnika. Poe złapał go za ciuchy, strzelił w brzuch i rzucił przez cały pokój.

– Nieładnie jest się gapić.- Ci z ludzi, którzy nie leżeli na podłodze otworzyli ogień, kule z brzękiem odbijały się od robota. Ten podniósł rękę i wystrzelił w stronę najbliższego bandyty, kula rozsadziła czaszkę, zalewając posoką podłogę. Poe schował się za bar spokojnie czekając na rozwój wypadków. Po chwili kanonada ucichła.

– Ej maszyno! Może się dogadamy, nie ma sensu, byśmy zniszczyli tak dobry sprzęt, zresztą, źle zaczęliśmy, wystraszyłeś nas. – W tym momencie gdzieś z okolic przedziału Morgue’a rozległy się strzały.

Si vis pacem, para bellum.- Poe podniósł się i wystrzelił w gadającego rewolwerowca, który dostał w brzuch i upadł za bar. Dwójka pozostałych schowała się za stoliki łapiąc po drodze zakładników. Robot nie zatrzymał się tylko wycelował w jeden ze stołów i z zabił kolejnego przeciwnika. Ostatni bandyta podniósł się i prawie całkowicie zasłonił się młodą kobietą, która na to zaczęła płakać i wić się w uścisku. Poe podniósł broń, z jego komina wydobyła się para.

-Wiesz możesz się zastanawiać. Ile naboi mam w magazynku? Otóż w sumie w tym całym zamieszaniu trochę się pogubiłem, ale jak już widziałeś, ten kaliber zdejmie ci z tej odległości głowę, nawet jak przeleci przez tą panią, więc zapewne musisz się teraz zastanowiać. – Zakładniczka jak i bandyta zamarli, rewolwerowiec lekko wychylił się zza kobiety, by spojrzeć na przeciwnika. Poe podniósł rękę i odstrzelił mu pół głowy. Ciało z hukiem upadło na ziemię, dziewczyna wrzasnęła.

– To i tak byłoby nieważne, bo mam automatyczne ładowanie śmieciu.- Robot rozejrzał się po pomieszczeniu, ludzie ostrożnie podnosili się z podłogi.

– Powinienem zapamiętać ten tekst, nawet mi wyszedł.- Jak na istotę bez możliwości mimiki czy wyrażania uczuć, Poe wydawał się być nader dumny z siebie.

Wtedy poczuł, ze pociąg zwalnia, a strzały Morgue’a powtarzały się alarmująco często. Wychylił się przez okno i patrzał na szturm rewolwerowców na wielkich mechanicznych koniach. Było ich minimum dwudziestu, każdy z pistoletem lub strzelbą w dłoni. Orangutan starał się jak mógł, ale nie trafiał wszystkich. Robot wycelował w jednego i cudem odstrzelił kawałek głowy konia. Minusem tego, był fakt, że obie istoty po chwili lecenia przez powietrze, uderzyli w bok pociągu…

Detektyw otworzył oczy, wokół panowało piekło, wagon palił się, James’a nigdzie nie było widać, on sam krwawił z czoła, ale wciąż żył i miał broń w ręku. Podniósł się, wytarł krew z oczu, wtedy z ognia przed nim usłyszał wrzask bólu i wyskoczył na niego Jesse cały poparzony i dymiący. Złapał go za ciuchy i przyciągnął do siebie. Z oczu wyłaniało się szaleństwo. Gordon szybko zdzielił go z głowy i wyrwał się z uścisku. James prawie nie zareagował na uderzenie i szamotaninę tylko wypadł z Jim’em przez drzwi do kolejnego wagonu. W przejściu stali przerażeniu ludzie. Oboje wpadli w tłum rozpychając się.

– Chować się do przedziałów! To napad!- Gordon uderzył rewolwerowca w czubek nosa. Ból zaskoczył na tyle bandytę, że wypadli z szarpaniny. Tłum z wrzaskiem uciekał od nich z powrotem do przedziałów. Po chwili zostali sami. Jesse jeszcze dymił i krwawił z nosa. Gordon uśmiechnął się i sprawnie wyjął broń, na co James zareagował łapiąc go za rękę. Chwilę się szarpali, gdy broń wystrzeliła, rozrywając but naszego bohatera. Ten wrzasnął i puścił pistol, co prawdopodobnie nie było najlepszym pomysłem. Ponieważ Jesse James miał teraz broń i miał naprawdę zły humor…

Reklamy

One Response to Rozdział VII „Przemoc nie jest wyjściem, ale zabrakło nam drzwi”

  1. RCA says:

    Czekan pozdrawia Poe!

    A ja wiem co będzie w następnym odcinkuuu 😉 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: