Rozdział VIII „Jeżeli chcesz coś zabić, zrób to dwa razy. By później dowiedzieć, się, że i to nie wystarczy”

W którym mamy moment zadumy, krwi, ognia i sukcesu. Na koniec nasz bohater staje się kulawcem, a za to poznaje nową postać i dostaje darmowy wykład z polityki Teksasu.

Wpatrywanie się w głębię lufy pistoletu jest ciekawym sposobem na wywoływanie wspomnień, niestety Jim Gordon zaznajomił się z tą formą reminiscencji. Teraz, gdy przez dziurę w nodze wyciekały płyny ustrojowe, a poprzedni wagon dalej spokojnie płonął z jakiegoś powodu po raz kolejny przypomniał sobie ojca. Rodziciel był policjantem i to do tego dobrym, para młodych chłopców wychowywanych tylko przez jedną osobę. Z jakiegoś powodu patrząc w oszalałe oczy Jesse James’a Jim Gordon przestał winić ojca za swe życie. Gdzieś w głębi czuł dziwną więź z bandytą, który w swym szaleństwie był wolny. To jednak minęło, zostało tylko jedno przeświadczenie, za dany moment życia winił Teslę i co więcej, miał zamiar odwdzięczyć mu się wysokim rachunkiem. Jednak nie to się liczyło, Jesse, bowiem właśnie naciskał spust, nie zdążył jednak, bo nóż Gordona zagłębił się w nadgarstku, a pistol upadł na ziemię. Ryk bandyty rozniósł się po całym pociągu. Ostrze wyleciało przez okno, rozbijając szybę i rozsypując wszędzie szkło. Podczas, gdy rewolwerowiec starał się zatamować krwawienie Jim rzucił się po broń. Nie zdążył, bowiem dostał kopniaka w twarz. James wydawał się nie być już człowiekiem tylko wściekłym zwierzęciem podniósł Gordona i rzucił nim przez cały wagon. Ten niewiele myśląc, jak zwykle z resztą, rzucił się z powrotem na przeciwnika. Dwaj mężczyźni rzucili się na siebie. Przez chwilę wymieniali ciosy, by przelecieć do kolejnego wagonu. Szamotanina trwała nadal, niezależnie, że coraz częściej słychać było huki wystrzałów.

W przedniej części pociągu tymczasem, Poe i Morgue kłócili się. Siedzieli zabarykadowani w jednym z wagonów, osłonili się stolikami i bardzo chcieli uniknąć latających nad głowami kul.

– Czy możemy już iść?!- Morgue złapał się za głowę, gdy jeden z naboi prawie rozłupał mu czaszkę. Poe wychylił się i zastrzelił jednego z bandytów.Bo mamy gdzie, przestaniesz wrzeszczeć?!.- – A przestaną strzelać?!- Morgue oddał kilka chaotycznych strzałów w stronę przeciwnika. – Nie marnuj naboi! Ja ich zajmę, ty biegnij do następnego wagonu!- Poe wystrzelił kilka kul, spojrzał jak orangutan czołga się pod obstrzałem do drugiego wagonu. -Obyś miał jakiś cud w zanadrzu Gordon, inaczej będę robił jako materiał na puszki.- Wyrwał jeden z kabli sterczących z ręki i wylał czarną posokę na barykadę. Użył wystrzału jako iskry i podpalił pół wagonu. Powoli czołgał się za Morgue. – To ma pomóc, że podpalisz nas z nimi?! Wspaniały plan geniuszu!.- – Największe cuda powstają w największej ciszy. Więc zamknij się!- Udało im się uciec do kolejnego wagonu, większość pasażerów, ze strachem chowała się w swych przedziałach, ci, co akurat wychodzili, na widok naszych bohaterów schowali się z powrotem. Poe podniósł się z manierą estety otrzepał się z kurzu, niezależnie od oblepionej ropą ręki, spojrzał za siebie na szalejące inferno. – Chwile ich zajmie, ale pociąg jest zatrzymany i szczerze powiedziawszy nie mam, żadnego pomysłu na dalsze konwersacje z tym tłumem. –Ostrożnie przemieszczali się w głąb pociągu. – Wiesz, nie wydaje się ci to dziwne, że akurat ten pociąg, w którym jedziemy został zaatakowany?/ -Morgue rozglądał się po wagonie, szedł przykucnięty z zdobyczną strzelbą w rękach. – Mój pan nazywał to sprężeniem różnych losów, gdy wszechświat chcę coś przekazać, używa wszystkich możliwych środków, by to uświadomić. – Orangutan zatrzymał się i spojrzał na robota. -Miewam z tobom coraz dziwniejsze konwersacje, wiesz o tym?- W tym momencie z jednego przedziału wyskoczył człowiek z rewolwerem w ręce, nasi bohaterowie nie zdążyli zareagować, gdy ktoś go zdzielił w tył głowy. Bandyta upadł, za nim ukazała się kobieta z kijem w ręce. Spojrzała na uratowanych przez siebie ludzi i wrzasnęła. – Wiesz jak często się to dzieje?- Morgue odwrócił się do robota, miał zamiar coś odpowiedzieć, ale w tym momencie słychać można było trąbkę, oznajmiającą jedno. Kawaleria nadjeżdża.

Gordon właśnie miał zamiar się poddać, gdy usłyszał sygnał kawalerii. Leżał na ziemi i siłował się z zaciskającymi rękoma wokół szyi. James zamarł na ten dźwięk, a to wystarczyło, detektyw uderzył go otwartą dłonią w twarz, oszałamiając i ostatecznie zrzucając z siebie. Jesse bardzo szybko podniósł się, ale Jim stracił cierpliwość, szybkim ruchem podniósł odłamek szkła z podłogi i wbił go rewolwerowcowi w oko. Ten w szoku przysiadł, krew powoli wyciekała z oczodołu, James mrugał jeszcze przez chwilę, jakby zaszokowany faktem, że ktoś mu coś takiego zrobił. Wyglądało jakby chciał sobie szkło wyjąć. – Nosz kurwa…- Jim złapał za leżący na podłodze pistol wymierzył i odstrzelił resztę głowy bandycie. Gdy zwłoki upadły, strzelił w nie jeszcze raz. Tak na wszelki wypadek. Dopiero wtedy złapał się za nogę i zemdlał.

Gdy otworzył oczy leżał w łóżku a nad nim stał Morgue. – Kurwa zmarłem i poszedłem nie do tego nieba.- Próbował się podnieść, ale wydawał się być zbyt zmęczony by to zrobić. Morgue parsknął, a głos za nim oznajmił. – Raczej żyjesz, dzięki pomocy tych dwóch dżentelmenów, cieszę się, że dochodzi pan do siebie. – W zasięgu oczu Gordona znalazł się wielki mężczyzna ubrany w czarny przybrudzony surdut. Zdjął okulary z nosa i zaczął je spokojnie przecierać. – Niestety stracił pan część stopy jako wynik wystrzelonej kuli.- Jim usiadł w końcu na łóżku, znajdowali się w namiocie, gdzieś w stepach Teksasu. Spojrzał na swoją stopę, która zmieniła się w kikut. Gordon westchnął, a Morgue położył mu rękę na ramieniu. – To nic takiego, znajdziem ci jakiś kij i będzie dopsze.- – Wiem, wiem, będzie wspaniale, będę kulawym detektywem, gonić będę jedynie umierających lub kulawych. – Wielki mężczyzna podszedł do Jima i wyciągnął do niego ręke. – Nazywam się Theodore Roosvelt i jestem dowódcą tej kawalerii, która wsparła waszą walkę.- – Niestety pański wspaniały pokaz w walce i zabójstwie Jesse James’a to można by rzec mieszane błogosławieństwo.- – Chcesz mi powiedzieć, że seryjny morderca, którego dla ciebie sprzątnąłem, miał przeżyć naszą małą kłótnię? Jeśli tak, to przykro mi bardzo, ale wolałem go zabić i dodam, że zrobiłbym to ponownie.- – Patrząc na zwłoki, zapewne to zrobiłeś. Pozwól, że ci coś uświadomię, Nowy Jork jest daleko stąd, tak samo zasady, które tam rządzą. James miał to do siebie, że był całkowicie szalony, ale trzymał w szachu większość z mniejszych klanów i band działających na tym terenie. Jego śmierć raczej nie wpłynie zbyt dobrze na ten obszar, mam nadzieje, że może pan, swój niesamowity wyczyn przez jakiś czas trzymać w ukryciu? Dopóki nie wymyślę, czegoś? Póki co Jesse James, żyje i i uciekł tak?- Gordon podniósł się z trudem, złapał się ramy od łóżka i kiwnął głową. Poe wszedł do namiotu i zaskoczony spojrzał na detektywa. – Jak widzę obudziłeś się, a do tego wierzgasz, fakt, że tylko jedną nogą, ale zawsze coś. Gratuluje.- Gordon prychnął i spojrzał na Roosvelta. – Jak szybko może pan nas dowieść do stolicy tego pieprzonego stanu?- Kawalerzysta uśmiechnął się pod wąsem. – W ciągu kilku godzin możemy być na miejscu.- Jim usiadł z powrotem na łóżku. – Więc ruszamy to gówno, bo muszę jednemu naukowcu wsadzić pewien kikut w dupę.-

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: