England day un

Więc pierwszy dzień w Anglii był całkiem pozytywny(dnia przylotu nie liczę).

Obudziłem się dosyć późno jak na mnie i pobawiłem się Xboxem (granie w Guitar Hero mnie niszczy, bom słaby). Zjadłem śniadanie i około 13 wylazłem na światło dzienne, jak się okazało słońce przyjechało ze mną. Minąłem se piękny park i właściwie stamtąd prosta droga do centrum. Przyznam bez bicia, że byłem trochę poddenerwowany, bo pierwszy raz samemu łaziłem po mieście. Jak większość ludzi wie, jestem paranoik, więc stresuje się nadmiernie. Jednakże nie poddałem się i spędziłem miłe 2 godziny w mieście, włócząc się po księgarniach i sklepach muzycznych. Zostałem zagadnięty przez jedną miłą panią z którą pogadałem o upośledzonych, posłuchałem sobie jak uliczni kaznodzieje nawijają o zbawieniu (mega rozrywka, po co mi tv?) . Przyznaje, że nie rozlazłem się tak jak z Halmetem, ale kupiłem pierwszą książkę „Blood Meridran”, która godna jest, krwawa i naprawdę świetnie napisana. W muzycznych się  nie rozkręcałem, bo drogie płyty są, ale jeszcze secondhandy muszę przejrzeć. Po tym miałem interesujące spotkanie z jednym z sąsiadów, starszym muzułmaninem, któremu pomogłem zdjąc pająka z muru, bo sobie skubany rozłożył pajęczynę przez całe podwórko. Co ciekawe, nie chciał go po prostu zabic, ale przenieśc go kawałek w stronę parku. Miły facet. Popołudniem trochę książka/piwko i oglądanie House’a i sen.

Miły dzień

England!

Więc jestem za morzem, spędzę u brata koło 10ciu dni, podczas których przejrzę każdą możliwą księgarnie i sklep muzyczny.

Podróż była spoko,  przyjechaliśmy na lotnisko koło 15, a 17:20 lot. Trza było przepakować trochę torby, szybko ogarnąłem odprawę, pożegnałem się z rodzicami i kotrtola osobista. Poszła bez problemów. Następnie dobra godzina czekania, pogadałem se parą młodych na różne tematy i potem w…

autobusy.

Na te maks kilkanaście metrów trasy podstawili nam 2 autobusy, które oczywiście nie ogarnęły wszystkich chcących lecieć i musiały nawrócić. Masakra. W samolocie usiadłem przy pierwszym wolnym miejscu, dosłownie przy wyjściu, jakoś się ogarnąłem i przypomniałem sobie, że książkę schowałem do torby. 2 godziny nudy i gapienia się lace nad głową przez okno. Fun. Lądowanie było trochę ostre, ale zabawne, zmiana ciśnienia, która rozwalała mi uszy, jakoś tak mniej.  Wysiadłęm przebiłęm sięprzez absurdalną kolejkę, poszukałęm bagażu i wyszedłęm na zewnątrz. A btw. lotnisko w Liverpoolu jest no lipne, brzydkie, tak samo ta żółta łódź podwodna.

Brat stał w korkach, więc wypaliłem se papieroska połaziłem po parkingu. Następnie 2 godziny jazdy samochodem ponad!. Wylądowałem u brata, rozpakować się, wypić 2 piwka, przywitać się z Olą, którą dopadł głód. Spać. To był pierwszy dzień, dziś mam zamiar zaatakować księgarnie i wszelkie inne sklepy. Trza se kupić kilka książek. hyhy

Out

Ogólnie słucham właśnie sobie kilku kawałków z nowego Behemotha i damn.

Dobre to. Wiem mega brutalny okultystyczny death meTal, to raczej nie moje klimaty, ale naprawdę kilka kawalków jest naprawdę spoko. Zwłaszcza ostatni „Lucifer”, gdzie jest KLIMAT:


jako, że ostatnio jest o miastach…

Definicja Supermodernizmu z moim małym komentarzem: (kradnę def. z http://architektura.muratorplus.pl/supermodernism_-architecture-in-the-age-of-globalization-,1780_1738.htm) zmodyfikowany cytacik:

supermodernizm – architektura ery globalizacji. Z jednej strony są to budynki takich sław jak Koolhaas, Nouvel, Perrault, Herzog i de Meuron, Toyo Ito – niekomunikujące się w żaden sposób ze swoim otoczeniem, minimalistyczne, przeważnie szklane pudła, których naczelną cechą jest to, że mogłyby powstać w każdym dowolnym miejscu na świecie. Z drugiej strony, w szerszym aspekcie środowiska miejskiego supermodernizm przejawia się poprzez obiekty, które antropolog Marc Augé zdefiniował jako non-places – porty lotnicze, centra handlowe, przystanki przy autostradach, hotele. Nie-miejsca to te przestrzenie, przeważnie związane z komunikacją, konsumpcją i rozrywką, gdzie spędzamy wiele czasu, nie mają one dla nas jednak żadnego specjalnego znaczenia.

Ciekawe nie? 

W Toruniu raczej tego nie uświadczysz, jako, że to stare miasto, stworzone do „włóczenia się”, niż wyłącznie przejeżdżania przez nie, chociaż jak się spojrzy na nowe muzemu sztuki nowoczesnej ? hmmm. To samo jest w Warszawie i to pewnie w większej ilości.

Miasta powoli przestają służyć do mieszkania, a jedynie do przejazdu przez nie. Cięzko nie zauważyć, że od kilkunastu lat, życie każdego z nas przyspiesza. Ja pojutrze będe leciał w 1h 30 min (plus minus) z Bydzi do Liverpoolu. Beka.

Jeżeli coś będe jeszcze postował, to będzie to równie randomowe.

hn

 

pracuje

Piszę 4 opowiadanko, głównie dzięki temu, że byłem dziś na zakupach i gdzieś koło parku muza pierdnęła mi w mózg.

Niaaah

0101101010010101

Tu Przemek B. piszę do was 2 minuty w przyszłości i wszyscy mamy przesrane.

4 epizod „Tomasza z Torunia” powstaje, ale jestem w pracy, winc, nie mam jak pisać, po za małymi wrzutami, co bardziej dekoncentruje niż buja dalej, wczoraj miałem mały kryzys z tego powodu. Co może się wydawać zabawne, ja nie mam pojęcia czy coś co napiszę jest dobre, bywam zadowolny z czegoć (Jomcaar, czy niektóre wczesne krootkie formy), ale odbiór tych trzech był…no dobry. Sir Erce powiedział bym pisał, co robiłem, ale wszystko (niczym Bułhakov) wywaliłem. Dostałem małego kryzysu TwÓrCzEgO i nie potrafiłem nic ogarnąć. Dziś kawałek napisałem (800 słów), ale nie podobały mi się, choć wydaje mi się, że wykorzystam to jako przerywnik/epilog tego co teraz robię. To zresztą dosyć zabawna sprawa, bo jak zasiadam do pisania, muszę mieć koniec. Mam świra na ten temat i zawsze wiem, że koniec musi być taki wiecie BOOM, albo chociażby punchline całej historii. Więc (jak każdy wie to jest poprawny sposób na rozpoczęcie zdania) łaże po domu jak idiota i myślę, słucham nowego Arctic Monkyes (kozak!) i odrzutów z Joshua Tree, i o ironio siedząc sobie w wannie, nagle wpada,a właściwie wcieka mi do łba pomysł.

Była 13-20.

Wychodziłem o 14 do pracy.

FUCK.

Nie mogłem znaleść notatnika więc jechalem powtarzając sobie storyline w głowie.

To bylo ciekawe doświadczenie, bo teraz zamiast mieć poczucie, że to co pisze to kupa, miałem przeczucie, że to co napisałem, to najlepsza rzecz i nic lepszego nie wymyślę.

Tak wiem.

Mądry pomysł.

A teraz random english cytat, od wspaniałego Warrena Ellisa:

Another day down the mines of our lives. We drink ’til we stink and smoke ’til we choke because that’s how we get things done, you and me. Spending our lives making things and making things out of our lives, because anything else would be dull as hell and we’re damned if we’re going to sit at the other end of whatever years we get saying, well, what the fuck was that for?

Years of scars, lipstick and tears, and every day the dawn comes on we turn our eyes up in surprise, saying, “There’s that goddamn sun again.”

holi szit

Um uno- to mój 101 post, yay me.

duo- komentarz reżyserski do tych 3 opowiadań (ciężko mi się przyznać, ale troszkę dumny jestem z nich, ale tylko troszkę) powstanie. Ciężko mi się do nich odnieść, bo powstały szybko i co więcej prawie niezależnie od siebie, ale czytając je, ktoś jakoś może se wkręcić, że mam plan. Otóż nie mam, mam zarys, jakiś taki mood.  Jest szkic 4-ego, ale właśnie z niego zrezygnowałem, bo są dwa pomysły nie połączone prawie niczym ze sobą, a nic na siłę. Mam powiedzmy coś, ale nie wiem co.

Znając mnie będzie to kupa.

tres 51 odwiedzin dziś ?! Łot? Ktoś pokazał mojego linka na porno forum or co ? dziwne dziwniaste.hn