Śmierć Tomasza z Torunia

Kobieta wyszła z psem. Był chłodny sierpniowy poranek, szósta rano, właściwie poza nią nie było prawie nikogo w okolicy. Kobieta pospieszyła jamnika, który z uporem maniaka grzebał w śmieciach.

Za dwie godziny musiała być w pracy, a tu zostało jeszcze do zrobienia śniadanie dla dzieci i męża. Obeszła budynek i zatrzymała się przy wejściu do parku.

Ktoś siedział skulony na ławce. Nerwowo rozejrzała się, a pies jak na złość ruszył w stronę widocznej osoby. Przez chwilę myślała, że to jakiś pijak, odsypiający burzliwą noc. Zwierzę zaczęło obwąchiwać postać, a następnie zaszczekało. Kobieta podbiegła do ławki  sycząc na psa, który jakby jej nie zauważał. Spojrzała na siedzącą postać i wrzasnęła.

Mężczyzna w brązowym płaszczu, siedział przycupnięty, jego głowa zwisała między kolanami, mimo to doskonale było widać, że brakuje mu części głowy.

Ktoś strzelił do niego z bliskiej odległości.

Kobieta nie przestawała wzywać pomocy, a nad Rubinkowem wzeszło słońce.

Zapowiadał się piękny dzień.

Detektyw Adam Balewski wysiadł z samochodu i automatycznie wyjął papierosa z kieszeni. Był niskim, krępym łysiejącym trzydziestoparolatkiem, miał żonę i syna, który grał codziennie w piłkę.

Adam pracował w policji od 8 lat, od 4 przyjmował łapówki. Tłumaczył sobie to nie tylko potrzebą zarabiania na rodzinę, ale także odsiewaniem, co nie wygodniejszych śledztw. W tym momencie rozglądał się po miejscu przestępstwa, ciało jeszcze nie zostało ruszone z ławki, mundurowi utrzymywali ludność osiedla z dala, a  specjaliści, robili zdjęcia całej okolicy.

Rozejrzał się i zaciągnął dymem. Ta część miasta była mu, aż za bardzo znana, pracował tu jako krawężnik, spodziewał się tego co zwykle, braku świadków i ciężkiej przeprawy z młodzieżą kręcącą się bez celu po całym osiedlu. Podszedł do swojego partnera, młodszego od niego Jerzego Grybnickiego.

Stał on na przeciwko zwłok w swoim jasnej sportowej kurtce. Miał 26 lat i powoli kształtował mu się brzuszek piwny, a jasne włosy rzedniały. W tym akurat momencie zajadał się batonikiem.

– Hej.

– Hej.- Spojrzeli na siebie i z powrotem na ciało.

– Wyglądasz jak gówno.

– A ty śmierdzisz nim, co tu mamy? – Spytał Adam przyglądając się zwłokom.

– Mężczyzna, lat około trzydziestu. Strzał w głowę z bliskiej odległości, mocny kaliber, ale nic ekstremalnego.

– Nic ekstremalnego? Urwało mu pół głowy, ale nieważne. Czekaliście na mnie z ciałem?- Jego partner rzucił papier do śmietnika i spojrzał na niego zdziwiony.

– A co Sherlocku? Czekamy na potwierdzenie śmierci przez lekarza, facet jedzie z drugiej połowy miasta. – Adam westchnął i przyjrzał się zwłokom.

– Nic w kieszeniach, brak skarpet, ciuchy wydają się jakby nosił je od dłuższego czasu, jakiś bezdomny może? – Grybnicki mówił dalej, ale jego partner właściwie przestał słuchać, tylko przyglądał się ciału.

– Ciuchy są wytarte, ale zbyt ładne, na bezdomnego. Ten płaszcz jest ciekawy.

– Jak w tym filmie „Masz ciekawy płaszcz” – Odezwał się jeden z mundurowych. Detektyw wstał nie odrywając wzroku od ciała. Grybnicki wyjął papierosa i rzucił pustą paczkę do śmieci.

– Jaki znowu film?

– No ten „Sin City”, Rourke co chwilę gadał coś o płaszczach. – Adam odwrócił się do policjantów.

– To było „Jaki fajny płaszcz nosisz” – Grybnicki pstryknął palcami.

– Ta! To ten filmik, co kurwy strzelały do gangsterów, spoko był. – Balewski odwrócił się do partnera, ten widząc jego na wpół zadziwioną minę rzucił.

– Co jest? Rozgryzłeś sprawę? – Ten podszedł do niego i rzucił szybko, cały czas zamyślony.

– Mam prośbę, przepytaj świadków, ja muszę coś sprawdzić. – Grybnicki rozejrzał się po blokowisku.

– Tu jest kurwa z siedem bloków! Jak mam to zrobić?! – Drapiąc się po głowie Adam wskazał dwa budynki.

– Te możesz olać, bo drzewa zasłaniają to miejsce, zostaje pięć, weź ze sobą fana filmów, by ci pomógł, ja muszę coś ogarnąć. – Odbiegł do samochodu. Detektyw rozejrzał się po okolicy, westchnął i zaklął.

Kilkanaście minut później na posterunku policji Balewski przegląda akta, siedzi w małym pokoiku, na jego biurku jest straszny bajzel, wszędzie walały się stare paczki papierosów i dokumenty. Mężczyzna przeglądał je już z piętnaście minut, dlatego nie zauważył stojącego w drzwiach policjanta, dopóki ten nie chrząknął. Wtedy podniósł głowę i uśmiechnął się do faceta koło czterdziestki.

Miał wojskowo obcięte włosy i bliznę na policzku, nazywał się Saliński pracował na tym komisariacie od 10 lat.

– Hej świrze, potrzebuje pomocy, włącz tą swoją pamięć. – Rzucił detektyw przelatując przez akta.

– Czego potrzebujesz?

– Kropnęli dziś faceta na Rubińcu, kula w łeb, żadnych dokumentów na sobie… – Przerywa, by przerzucić kolejną stertę papierów.

– …ale miał oryginalny płaszcz, coś, co wyglądało jakby szyte na miarę. Skojarzyło mi się  z czymś. – Saliński cierpliwie obserwował krzątającego się po pokoju policjanta.

– Z czym? – Była taka dziwna sprawa, co jeszcze za starego mi opowiedziałeś, z pół roku temu. O kurwie, którą ktoś napastował w samochodzie, ale ktoś jej pomógł?

– A. To. Alicja jakaś tam, Zawiejska. – Rzuca po chwili glina wyciągając papierosa z paczki. To zdanie zatrzymuje Balewskiego, który zdumiony przygląda się koledze.

– A teraz mi wyjaśnisz jakim cudem, od razu se to przypomniałeś?

– Proste. – Odpowiada mu z uśmiechem, sięgając do jednej z metalowych brzydkich szafek w pokoju. Grzebie tam przez chwilę i wyciąga akta.

– Pracuje niedaleko mnie, jako kelnerka, do dziś mówi mi dzień dobry.- Adam łapie za akta i zaczyna je przeglądać. Po chwili zatrzymuje się na jednej kartce, wyciąga ją i przygląda się dokładnie. Jego znajomy nie wytrzymuje i rzuca niby od niechcenia.

– Więc? – Ten spogląda na niego i podaje mu kartkę.

– Daj mi adres tej knajpy, chyba naszego trupka zidentyfikuje. – Na kartce widać zarys postaci jakby z portretu pamięciowego, ale nie ma  zarysowanej twarzy.

Jest za to dokładnie odwzorowany płaszcz.

Gdzieś indziej, w zamkniętym pokoju, siedzi uśmiechnięty młody mężczyzna. Ma lekką nadwagę, długie przetłuszczone włosy opadają mu na ramiona. Niezbadana broda wydaje się kleić od okruchów. Nie przeszkadza to jednak mężczyźnie. Patrzy on na stolik przed sobą, w tle gra telewizor, ale nie zwraca na niego uwagi. Na stoliku leży pistolet. Mężczyzna jest przerażająco radosny, na twarzy ma wykrzywiony do bólu uśmiech, a z oczu ciekną łzy. Nie rusza się i cicho chichocze do siebie.

Balewski wchodzi do małej kawiarni i siada do stolika, cierpliwie czeka, aż zmęczona czterdziestoletnia kobieta podejdzie do niego. Był to jeden z wielu małych, ale drogich lokali na mieście, restauracja posiadała ogródek, kelnerów i ceny, które przyprawiały człowieka o bóle głowy. To jednak nie zajmowało detektywa, obserwował krzątającą się rudą kelnerkę, która niezmordowanie biegała od stolika do stolika. Starał się ją sobie wyobrazić w ciuchach prostytutki, bo teraz nie wyglądała ani trochę seksownie.

Będąc dokładnym, wyobrażona nawet w najbardziej skąpych ciuchach nie wydawała się być sexy. Miała dobrą figurę jak na swój wiek, ale coś w jej twarzy, jak i oczach mówiło o zmęczeniu i rezygnacji. Kelnerka przerwała mu rozmyślania w momencie gdy podeszła do niego pytając się o zamówienie. On z kolei pokazał jej legitymację i poprosił, by usiadła.

– Czy coś się stało? – Zapytała biorąc papierosa, a drugą ręką oznajmiając współpracownikom przerwę.

– Nie. Nie. Chciałem jedynie coś sprawdzić. – Wyciągnął z kieszeni kurtki fotografię ukazującą płaszcz zwisający na ciele, jednakże bez ukazywania ogromnej rany na głowie.

– Czy to może należeć do kogoś kogo pani zna? – Kobieta zamyka i otwiera usta.

– O boże, on nie żyje? – Balewski pochyla się nad stolikiem.

– Wpierw ustalmy jak ma na imię.

– Tomek. Tomasz, nazwiska nigdy nie znałam.

– Jak się poznaliście? – Kilka lat temu trafiłam na ciężką mieliznę i zostałam prostytutką. Spędziłam tak trzy lata, to był zdaje się 99 rok. Miałam takiego klienta. – Milknie na chwile i zaciąga się papierosem.

– Lubił mnie podduszać, nic strasznego, ale strasznie go to kręciło, więc płacił mi za to bonus. Więc jednego wieczoru pieprzymy się w jego samochodzie, nie zauważyłam tego, ale zatrzasnął drzwi. – Odwraca się i patrzy się na dymiący papieros.

– Zaczął mnie dusić, ale tak na poważnie, ja się szamocze, a on nawet przestał mnie posuwać. Nagle drzwi się otwierają i jakaś ręka wyciąga tego kolesia. Szamoczą się w ciemności, byłam ledwo przytomna, ale zauważyłam jak ten klient ucieka. – Milknie.

– A potem? – Nie wytrzymuje policjant.

– Pomógł mi wysiąść z samochodu i… – Z oczu ciekną jej łzy, a Balewski przypomina sobie dlaczego jest dobrym policjantem. Nie czuje żadnej niezręczności patrząc na osoby, które zmuszają się do opowiedzenia największych i najgorszych sekretów. Patrzył na tą kobietę, którą bardzo mocno kopnęło życie i nie potrafił wskrzesić w sobie nuty emocji.

– Nie uwierzy mi pan jak panu powiem, ale i tak to zrobię. Kilka minut później, gdy skończyła powtarzać słowa Tomasza, Balewski potwierdził obawy. Nie uwierzył jej. Chwilę później, gdy wstawał od stolika dziękując za jej czas, kobieta złapała go za rękę. Odwrócił się do niej i usłyszał.

– Cokolwiek pan tu ode mnie usłyszał, niech to pana nie zwiedzie. – Kobieta wstała i poprawiła ciuchy na sobie. – On mi pomógł i jestem wdzięczna, ale coś w jego oczach… – Milknie na chwilę.

– Coś w jego oczach mówiło mi, że to przypadek i powinnam być podwójnie wdzięczna za to co zrobił, bo go to zbytnio nie obchodziło. – Balewski chowa notes i kiwa jej głową.

– Bałam się go bardziej niż tego klienta. – To zatrzymuje policjanta.

– Nie wiem dlaczego, ale jestem prawie pewien, że on wyrwał te drzwi… – Przerywa i patrzy gdzieś nad detektywem i bladnie.

– Przepraszam, ale muszę wracać do pracy. – Wybiega z powrotem do lokalu, a mężczyzna odwraca się i zwraca uwagę na małego szarego kotka, który siedzi na zewnątrz. Telefon Balewskiego się odzywa, a ten odbiera go, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, które teraz wstaje i idzie w stronę zaułka.

– Mów. – Jo, znaleźliśmy jednak coś przy denacie. – Policjant wychodzi z lokalu i idzie powoli za kotem.

– Co takiego? – Zwierzę skręca spokojnie w zaułek.

– Puszkę kociej karmy, dziwne co nie?- Oczy detektywa się rozszerzają, wbiega za kotkiem, ale uliczka jest pusta.

A do tego ślepo zakończona.

Na komisariacie Saliński spokojnie czyta gazetę w swoim małym zaniedbanym biurze, gdy Balewski wpada i zabiera mu z paczki papierosa. Nie podnosząc głowy, która zmęczona opierała się na ręce policjant rzuca.

– Rozmowa nie była zbyt owocna rozumiem? – Balewski kręci bezradnie głową. W momencie, gdy ma zamiar coś powiedzieć przez drzwi zagląda Jerzy.

– Mówili, że cię tu znajdę.

– Co jest? – Koroner dał znać, że mamy zajrzeć na pogaduszkę.

– Adam gasi papierosa i zerka na zegarek zdziwiony.

– Już się ogarnął? – Grybnicki wzrusza ramionami.

– Może tęskni za tobą, starzy ludzie cię lubią. – Saliński podnosi głowę i zamyśla się.

– Adam, zajrzyj do mnie po pogawędce co? – Gdy wychodzą na korytarz partner rzuca Adamowi zaciekawione spojrzenie, ale ten zbywa je machnięciem ręki.

Lądują w jednym z najnowocześniejszych ośrodków toruńskiej policji. W tym sterylnym prosektorium wita ich stary, mały, brodaty koroner, który wg niektórych pracował tu już za Gierka. Detektyw rozejrzał się po pustym pokoju unikając przyglądania się trzem stołom, na których leżą przykryte białymi płachtami zwłoki.

– Co tam doktorku? – Grybnicki rzuca niefrasobliwie zajadając się kolejnym batonikiem. – Dostaniesz cukrzycy od tego gówna. – Odpowiada mu koroner podchodząc do środkowego stołu.

– Ok. Wiecie, że nienazwany klient ma trzydzieści lat i nie żyje prawda? – Balewski zamyślony rzuca.

– Nazywa się Tomasz. -Jego partner spogląda nie niego podirytowany.

– A powiedzieć mi o tym kiedy chciałeś?-

– Teraz. – Doktor chrząka zmuszając obu policjantów do spojrzenia na niego.

– Będziecie robili mi tu dramat rodzinny grzecznej panienki, czy może pogadamy o denacie? – Obaj kiwają głową.

– Pocisk wszedł tuż nad potylicą, wyszedł okiem. Facet jak na bezdomnego był świetnie zbudowany. Co więcej zęby są w doskonałym stanie. Szczerze wątpię, by mieszkał na ulicy, chyba, że zaczął to robić, no wiecie, wczoraj powiedzmy. – W tym momencie dzwoni telefon Adama.

– Ta. – Podejdź do mnie, znalazłem kolejną podobną sprawę. – Balewski rzuca krótkie OK i spogląda na koronera.

– Masz coś na temat broni? – Ten podaje kartkę z danymi Grybnickiemu, ten przygląda się jej przez chwilę i podaje ją partnerowi. Rzuca na nią okiem i stwierdza.

– To by pasowało do jednego z twoich kumpli no nie? – Grybnicki zamyślony kiwa głową.

– Zajmiesz się tym?

– Jo. Jak rozumiem ty rozkminiasz naszego trupka? – Adam kiwa tylko głową.

– OK pod wieczór u mnie porównamy notatki.

Mężczyzna otwiera drzwi do pokoju, w środku jest zapalone czerwone światło. Pomieszczenie jest małe, nie ma krzeseł ani mebli. Na ścianach wiszą artykuły z gazet, zdjęcia robione z ukrycia i mapa Torunia z pinezkami w różnych punktach, wszystkie dotyczą mężczyzny w brązowym płaszczu. Po drugiej stronie wiszą pornograficzne zdjęcia, głównie sadomasochistyczne, oraz plakaty horrorów. Mężczyzna w geście niezdecydowania drapie się po głowie i powoli zaczyna zdejmować mapę, robi to ostrożnie i dokładnie. Przerywa na chwilę i po raz kolejny tego dnia zaczyna się śmiać. Nagle słyszy coś i wraca do dużego pokoju. Podchodzi do jednego z okien i otwiera je. Sięga i łapie dużego dachowca, który próbuje desperacko uciec. Mężczyzna nie przejmuje się syczeniem ani pazurami. Rzuca zwierzęciem o ścianę i następnie strzela do niego z bliskiej odległości. Huk wystrzału ogranicza nowo zamontowany tłumik. Patrzy przez chwilę bezmyślnie na swoje dzieło, po czym idzie do kuchni i wraca z mlekiem. Nalewa na spodeczek i wystawia za okno. Zwłoki wyrzuca do śmieci i wynosi do innego pokoju.

Grybnicki wysiada z samochodu i rzuca soczystą kurwą. Manhattan jest wypełniony ludźmi. Nie lubi przebywać w tłumie, zawsze spodziewa się, że ktoś chce go okraść, a do tego łatwo się irytuje, a w takim stanie nie załatwi sprawy. Wchodzi na rynek i szybko rusza w stronę części gdzie sprzedawane są warzywa. Tam, wciąż klnąc i przepychając się przez tłum, szuka swojego celu. W końcu dociera do małej budki, gdzie obsługuje wysoki i pulchny mężczyzna pod pięćdzisiątkę. Kolejka jest krótka więc Grybnicki ustawia się w niej i łapie za jabłko. Gdy właściciel budki go zauważa blado się uśmiecha.

– Panie władzo. – Mówi z lekko wschodnim akcentem.

– Hej Ivan. – Policjant uśmiecha się, Rosjanin drga nerwowo na to imię.

– Przyszedł pan po zakupy? – Ten reaguje śmiechem.

– Oszalałeś? Nie będę jadł twojego gówna, chodź na papieroska. – Sprzedawca kręci głową.

– Nie palę proszę pana. – Uśmiech Grybnickiego staje się szerszy, a oczy chłodniejsze.

– Chodź na papieroska Ivan, bo cię wyniosę. – Rosjanin bladnie i woła kogoś z zaplecza. Po chwili wychodzi młody chłopak w brudnej podkoszulku, zauważa policjanta uśmiecha się i wita go.

– Synku popilnuj straganu ja idę z wujkiem pogadać.

– Jasne tatko. – Wychodzą poza teren rynku i cicho zaczynają rozmawiać.

Grybnicki wyciąga kartkę i daje ją mężczyźnie, który właściwie tylko na nią zerka.

– Wiesz, że się tym nie zajmuje już. Słysząc to policjant uśmiechnął się szeroko.

– Mam w kieszeni kilka woreczków interesującego materiału, który może znaleźć w twoim posiadaniu. Chcesz, aby synek musiał się w domu tłumaczyć, dlaczego tata znowu zniknął? – Sklepikarz zbladł jeszcze bardziej i spojrzał jeszcze raz na kartkę.

– Stary ostatnio z miesiąc temu miał dostawę takich pistoletów, z Petersburga. – Grybnicki kiwnął głową i zabrał mu kartkę.

– Doskonała współpraca, pozdrów żonę. – Poklepał go po twarzy.

– A i miło zauważać, że próbujesz się stawiać, synek byłby z ciebie dumny. – Odchodząc machnął jeszcze do młodego siedzącego w sklepiku. Ten uśmiechnął się i odmachał mu.

Koroner siedział w swoim biurze i przeglądał dokumenty podpierając zmęczoną głowę ręką, gdy coś odwróciło jego uwagę. W korytarzu zaraz za zamkniętymi drzwiami żarówka zgasła. Po czym znowu zapaliła się. Wyszedł z pokoju i rozejrzał się. Pusty biały korytarz lśnił czystością i niepokojącą wręcz normalnością. Staruszek ruszył w stronę prosektorium. Gdy wyszedł zza zakrętu zatrzymał się. Światło po raz kolejny zamrugało. Zimny dreszcz przeszedł po plecach mężczyzny. W duchu zbył to śmiechem, jednak napięcie nie opuściło go, gdy otwierał go do wypełnionego ciałami pokoju. Trzy zwłoki przykryte białymi płachtami leżały na stołach. Podszedł do każdego z nich, ale wahał się przed odkryciem. Od trzydziestu lat nie czuł się tak jak teraz. Ostatnie ciało należało do tak zwanego Tomasza. Z wahaniem odkrył zwłoki i spojrzał na zniszczoną twarz, której zamknięte oko wydawało się zamknięte tylko na chwilę. Światło zamrugało. Żarówka zasyczała i oświetliła ostatni raz pokój jasnym wręcz bolesnym światłem. Zanim koroner znalazł się z powrotem zza drzwiami, jedna myśl zaatakowała jego umysł.

Był pewien, że w ostatnim przebłysku widział cień na ścianie.

Nie był jego.

Mężczyzna wychodzi z domu, spogląda z radością w ciepłe sierpniowe słońce. Broń jest bezpiecznie schowana w torbie, która wisi mu na ramieniu. Przechodzi przez ulicę i idzie obok śmietnika. Zatrzymuje się. Mały bezdomny kot przechodzi mu drogę. Mężczyzna niczym drapieżnik rzuca się na niego. Ręce zaciskają się na małej szyi zwierzęcia, które syczy i charczy. Na twarzy mężczyzny pojawia się na moment wyraz całkowitej ekstazy, gdy kot umiera.

– Nie ten. Nie ten, nie ten, ale może ten? – Mruczy do siebie.

– Jednego mniej. – Uśmiecha się do siebie i idzie dalej.

Grybnicki odpala papierosa i spogląda na zegarek. Prawie 17, nieźle jak na świeże śledztwo, juto z rana pójdzie do starego, wyjaśni mu się co i jak, więc może nawet się ogarnie. Ma zamiar wsiąść z powrotem do samochodu, klnąc na pogarszającą się pogodę, gdy dzwoni mu telefon. Spogląda na niego, chowa się przed narastającym wiatrem, za ścianą Beverly Hills Video i odbiera komórkę.

– Hej cipko, wiem kto mógł sprzedać broń. – Rzuca w słuchawkę.

– Koroner jest w szpitalu na Bielanach. – Odpowiada mu jego partner.

– Co jest?

– Dostał zawału, ja jadę do prosektorium. – Grybnicki wskakuje do samochodu, odpala go trzymając komórkę głową.

– Na chuj tam jedziesz?

Balewski wysiada i spogląda na niski budynek. Nad nim powoli kotłują się ciężkie burzowe chmury, słychać głośny pomruk nieba.

– Powiedz mi kiedy ostatnim razem widziałeś naszego doktorka wystraszonego, lub chociaż zdziwionego sprawą? – Nastaje chwila ciszy w słuchawce.

– Podbić razem z tobą? Balewski bez odpowiedzi rozłącza się, bo drzwi, zazwyczaj zamknięte na magnetyczny zamek, otwierają się wraz z mocniejszym powiewem wiatru.

Podchodzi powoli po schodach do wejścia. W środku jest ciemno, co nie powinno się dziać, bowiem zazwyczaj jest tam przynajmniej kilku pracujących ludzi. Przechodzi przez drzwi, w środku jest równie zimno i nieprzyjemnie jak na zewnątrz. Długi, z reguły jasno oświetlony korytarz, teraz jest wypełniony ciemnością. – Halo? Krótko rzuca policjant, i od razu tego żałuje, bo echo niesie je przez pół budynku. Przeszedł kilka kroków i rozejrzał się. Poczuł kroplę zimnego potu, która ściekła mu po plecach. Zatrzymał się. Za plecami usłyszał jakiś hałas, odwrócił się gwałtownie wyciągając broń. W drzwiach zwrócony twarzą do wyjścia, stał wysoki mężczyzna w białej, lecz brudnej koszuli.

– Stój, bo strzelam! – Nieznajomy odwrócił się, a Balewski jęknął. Przez korytarz spoglądał w twarz, którą widział tego ranka na Rubinkowie. Tomasz lekko się uśmiechając spoglądał na policjanta.

– Masz zamiar użyć tej broni? zapytał spokojnym głosem, spoglądając na drgający w rękach Adama pistolet.

– Co tu się kurwa dzieje, co?! Rano widziałem twoje zwłoki! – Wzrok Tomasza wwierca się w niego.

– Panie Balewski, proszę odłożyć broń. – Mimowolnie broń upada na ziemię. Mężczyźni patrzą chwilę na siebie w ciszy.

– Mam spotkanie, a ty… – Tomasz spogląda na oniemiałego policjanta.

– …Zapomnij o całej sprawie, dobrze? Będę cię obserwował.

Chwilę później Balewski upadając na ziemię widzi jak mężczyzna wychodzi z budynku. Gdy jego partner go znajdzie, będzie w stanie katatonii. Nie będzie pamiętał prawie nic z tego dnia. Miną miesiące nim wróci do służby, ale nie wróci już na ulicę. Ostatnie lata pracy spędzi przy biurku.

Niektórzy mają szczęście do zakończeń.

Tomasz stoi na przeciwko czteropiętrowego bloku, gdzieś na drugim Rubinkowie. Obserwuje budynek już kilka minut, obok niego przysiada się mały kotek. Spogląda krótko na niego.

– Widzę, że ci się udało uniknąć mojego losu. – Ten ociera się mu o nogę w odpowiedzi.

– Tak, ze mną wszystko w porządku, ale poczekaj na mnie tu, ok?

Mężczyzna składa wycinki z gazet. Stoi w małym pomieszczeniu z wiecznie włączonym czerwonym światłem. Systematycznie układa zdjęcia, gdy jedno z okien w drugim pokoju otwiera się. To go zatrzymuje na chwilę, odwraca się i widzi, że na zewnątrz burza wzmaga się. Wychodzi z pokoiku i wtedy zauważa Tomasza, stojącego na środku pokoju. Upada z wrzaskiem na ziemię, bełkocząc niezrozumiale.

Jego przeciwnik przygląda mu się z rosnącym współczuciem wyrysowanym na twarzy.

– Jesteś chory, co ci się stało? – Młody człowiek zwija się prawie w embrionalną formę, bełkocząc bardziej do siebie.

– Zabiłem zabiłem. Zabiłem. Zabiłem. Zabiłem!!! – Tomasz obserwuje go niezdecydowany, gdy nagle jego przeciwnik rzuca się na niego i wbija mu nóż w brzuch. Upadają na ziemię, a chory łapie mężczyznę za gardło wrzeszcząc.

– Zabiłeś mojego ojca!!! Zabiłem cię!!! – Wrzeszczy próbując zmiażdżyć mu krtań, Tomasz rozkłada ręce w geście poddania. Mężczyzna wkłada całą siłę w duszenie Tomasza, nic się jednak nie dzieje. Gdy w końcu zmęczony puszcza i wrzeszczy z frustracji, Tomasz łapie go dłońmi za głowę, jego oczy się rozszerzają.

– Twój ojciec… – zamyśla się jakby próbował sobie coś przypomnieć.

– Twój ojciec zgwałcił i zabił młodą kobietę, należała mu się ta śmierć. – To wywołuje kolejny atak szału, jednak nie ma siły się wyrwać z dłoni.

– Nie mów tak, zabiłeś go, widziałem cię, widziałem dnia kiedy umarł. Strzeliłem do ciebie, strzeliłem! – Wrzaski zamieniają się w skowyt i płacz, a Tomasz wysuwa się spod swego zabójcy i staje nad nim.

– On krzywdził twoją matkę jak i ciebie. Namieszał ci w głowie. – Chory wyrywa się wrzeszcząc.

– Nieee! To był mój tata, jak możesz!! Kto dał ci zgodę na to! Czemu nie mogę cię zabić?! – Tomasz zmieszany rozgląda się po pomieszczeniu.

– Nie ty jeden zadawałeś sobie to pytanie. – Jego przeciwnik nie słucha, bełkocze do siebie prawie niezrozumiałe.

– Zabije cię. Zabiję. – Tomasz spogląda na niego ze smutkiem, kładzie mu dłoń na oczach.

– Nie, nie zabijesz. Nie będziesz cierpiał z mojego powodu. –

W pomieszczeniu zapada cisza. Ciało upada w ramiona mężczyzny, który przyklęka i patrzy na nie zrezygnowany. Za jego plecami pojawia czarna postać, która obserwuje całą sytuację. Tomasz mówi bardziej do siebie.

– Zobacz co stworzyłem. – Ciemna postać obchodzi go i staje nad nim.

– Domine, non sum dignus, ut intres sub tectum meum… – Stwierdza mężczyzna.

Jakiś czas później anonimowy telefon wezwie policję i karetkę do małego dusznego mieszkania na drugim Rubinkowie. Znajdą ciało Rafała G. ułożonego na kanapie. Po raz pierwszy od dawna na jego twarzy rysował się spokój ale tego wiedzieć nie mogli. Tomasz obserwuje to z dachu naprzeciwko. Obserwuje jak sanitariusze wynoszą ciało. Obserwuje je w milczeniu, schyla się i podnosi brudny wytarty płaszcz. Ubiera go z trudem, szamocząc się z wiatrem. Zapina się i odwraca by odejść. Zamyśla się.

– Gdybym mógł… – Mówi jakby do ciała

– … zabiłbym każdego potwora, tak abyś nie musiał istnieć. Mężczyzna w brązowym płaszczu rusza dalej. Nad Rubinkowem rozchodzą się burzowe chmury.

Zapowiada się ładny wieczór.

Reklamy

3 Responses to Śmierć Tomasza z Torunia

  1. RCA says:

    Wspaniale! 🙂 Bardzo dobrze trzyma w napieciu, ladnie sie rozwija 🙂

  2. palacz says:

    Dobre! ale przyznam się, że za krótkie:) mor mor mor!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: