Dzień w który spotkałem Pana.

Obudziłem się dnia, gdy świat zechciał w końcu zakończyć swe marne istnienie.

Nie była to nagła decyzja. Od kilku tygodni trwały wielkie burze, które malowały niebo na czerwono.

Tego poranka pioruny uderzały w ziemię, jakby chciały przyspieszyć jej destrukcje.

Obudziłem się na ziemi, otoczony puszkami po piwie i jedzeniu. Spojrzałem nieprzytomnie na telewizor, który od dłuższego czasu pokazywał tylko kaszę.

Ostatni przekaz telewizyjny był z siedziby rządu, gdzie na przemian słychać było wrzaski i strzały.

To było tydzień temu.

Internet wytrzymał trochę dłużej, ale składał się głównie z nakazów modlitwy, amatorskich filmów porno i bezmyślnych zwierzeń.

Podszedłem do okna, ci ludzie którzy byli na zewnątrz kulili się w względnie bezpiecznych miejscach patrząc jak ziemia otwiera się i wypluwa ogień.

Moja żona popełniła samobójstwo.

Przynajmniej tak mi się wydaje, wzięła nasze małe dziecko i wyszła.

Było to wczoraj, może wcześniej ?

Nie pamiętam. Niewiele pamiętam, niewiele jem. Dogorywam razem z tym przeklętym światem.

Gdy podejmuje decyzję o wyjściu na zewnątrz, jeden z bloków rozdziera się na pół, obserwuję jak małe figurki lecą ku ziemi. Krwista czerwień miesza się z deszczem, wrzaski mieszają się z destrukcją. To soundtrack do apokalipsy, huk i krzyk połączone w melodię, której rytm mimowolnie przyciąga ku sobie.

Kręcę się po domu bez celu, przez chwilę odczuwam smutek, przed tą resztką dóbr, które posiadam. Całkowicie absurdalne, ale patrząc na to mieszkanie, na które pracowałem całe życie, odczuwam smutek, sle także pewną irytację.

Tyle pracy na nic.

Na stole zauważam pistolet, którego czarna długa lufa lśni teraz i zdaje się przyciągać. Wkładam go sobie zza pasek.

Wychodzę z domu i widzę zwłoki zgwałconej sąsiadki, ci dobrzy ludzie, którzy to zrobili, zapewne później będą tego żałować.

Raczej wątpliwe, bo od dawna nie istnieje nic poza teraz.

Leży pół naga, a jej głowa przyciśnięta jej drzwiami do jednego z domów. Patrzę bezmyślnie przez chwilę w jej puste przerażone oczy.

Gdy wychodzę na zewnątrz obmywa mnie ciepły deszcz, a ryk rozgniewanego nieba zagłusza każdą myśl. Ktoś podchodzi próbuje wcisnąć mi zakrwawioną biblię, na twarzy widnieją dwa ciemne otwory, które kiedyś były oczami. „nie widzę zła nie widzę zła nie widzę zła..” powtarza jakby to uratowało go śmierci.

A deszcz zostawia słony smak na ustach.

Wiele osób chwaliło się, że widziało boga, ja jeszcze nie, ale czekam z zainteresowaniem, może po to wziąłem broń?

Ktoś wzywa aniołów wyskakując z okna, nie wywołuje on jednak zajętego chaosem tłumu. Jego roztrzaskane zwłoki zostają natychmiastowo zaatakowane przez zgraję psów, które z tego szaleńczego ataku na zmysły, całkowicie zatraciły się w szale. Obserwuję jak nagle wykoleja się tramwaj ,a z metalowego brzucha wylewają się ludzie niczym pasożyty wyczołgujące się w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia.

Idę, a deszcz przestaje padać.

Zapada cisza i robi się jaśniej. Wtedy ta przepiękna destrukcja ujawnia się w całej swej glorii, a na kilka sekund ludzkość odzyskuje przytomność.

Przez chwilę ludzie biegnący z wrzaskiem zatrzymują się i patrzą w około.

Świat wstrzymuje oddech, czekając.

Po tej pięknej chwili, rozlega się huk.

Ktoś nie wytrzymał i strzelił sobie w głowę. Być może zrobił to, bo był właśnie nagi i zakrwawiony.Co pewniej dokonał tego dopiero, gdy zorientował się, że nie była to jego krew.

A wiatr rozwiewa chmury i ukazuje ciemne niebo, z czerwonym starcem zachodzącym na horyzoncie. Po raz pierwszy mogę rozróżnić głosy i płacz. Przedtem było to jedynie nieprzerwany ciąg dźwięku, te wrzaski, wycie i grzmoty.

Teraz jak każdy muszę przyjąć do wiadomości, że te dźwięki są wydawane przez ludzi.

Upadam na ziemię i zanoszę się kaszlem. Podnoszę się i ruszam dalej, staram się ignorować wszystko wokół mnie. Niczym mnich na pielgrzymce, skupiony jestem na celu wędrówki, problemem jest fakt, że nie znam go.

Patrząc na to co się dzieje, wydawać się można, że powinienem usiąść i umrzeć, jednak coś ciągnie mnie naprzód.

Wchodzę do parku, moim oczom ukazuje się pole zieleni wypełnione zwłokami zwierząt. Nie tylko gołębi, czy szczurów. Są tu koty, psy niektóre wyglądają jakby były podgryzane i rzucone. Część skuliła się razem i zmarła z niewiadomych mi przyczyn, leżą przytulone do siebie niczym rodzina. Słyszę pojedyncze piski, i to łamie mi serce.

Ten dźwięk, które wydają istoty zdradzone i porzucone przez ukochanych, znam go dobrze. Wkładam sobie pistolet do ust.

Nie naciskam spustu.

Wkładam go do spodni. Podnoszę głowę, by ujrzeć na nowo zachmurzone niebo.

Zaczyna padać śnieg. Przynajmniej tak mi się wpierw wydaje, jednakże szare płatki, smakują popiołem i rozpaczą.

Moim ostatnim marzeniem jest chęć znalezienia spokoju po śmierci. Przechodzę koło przedszkola, na którego płocie wisi nadziany człowiek.

Jest nagi i całkowicie martwy, jego ręce są zmiażdżone między słupkami, a przez klatkę piersiową przechodzi długi metalowy pręt.

Na nim wisi tabliczka z napisem: „Bóg nienawidzi pedałów.”

Nie jestem pewien, czy jakakolwiek istota boska, może zniżać, się do nienawiści.
Z drugiej strony widzę jego dzieło i nie wygląda ono na twór miłości.
Te myśli przewijają się, gdy znowu upadam na ziemię, zanosząc się ciężkim kaszlem, spluwam flegmą.
Kolejny przystanek to niewielki las,gdzie  zatrzymuje mnie hałas. Kilkoro dwunastolatków za pomocą długiego łańcucha wciąga małe zwłoki na drzewo.
Zauważają mnie i uśmiechają się.

Ich wykrzywione uśmiechy przypominają raczej demoniczne maski. Brudne od słodyczy zęby, zaczerwienione oczy i rozwichrzone włosy.
Na niedalekim skrzyżowaniu na ławkach znajduję kolejną grupę młodych ludzi. Całkowicie i nieprzytomnie naćpanych, jeden zawzięcie tłumaczy coś sąsiadowi, który zdaje się nie żyć od kilku dni.
Szary popiół nie przestaje padać, ja nie przerywam wędrówki.
Coś mnie pogania, gdzieś mam swój cel
Upadam na ziemię, charkoczę i łapię za pierś.
Postanawiam przez chwilę nie oddychać, a reszta zmysłów także przygasa.
Po raz kolejny tego dnia następuje kompletna cisza.
Leżę tak powoli przykrywany popiołem.
Skulony obserwuje drogę wychodzącą z parku. Przymykam oczy, zaczynam zasypiać.

TE DEUM LAUDAMUS!

Chór głosów podrywa mnie z ziemi, ale po chwili upadam znowu na kolana. Przecieram zmęczone i zaczerwienione oczy, widzę na horyzoncie tłum, który wydaje się nieść coś w górze.

TE DOMINUM CONFITEMUR! TE AETERNUM PATREM! OMNIS TERRA VENERATUR!

Zaczynam powoli rozumieć poszczególne słowa pieśni, a także dostrzegam co ten rozgorączkowany tłum niesie. A właściwie kogo. Paręnaście osób niesie w górze krzyż, a do niego przybity jest nagi mężczyzna. Wije się i wrzeszczy, ale nic nie słychać, bo lud wzywa swego pana kolejnym zaśpiewem.

SANCTUS! SANCTUS! SANCTUS! DOMINUS!
Przechodzą obojętnie obok mnie, ten oto tłum rozochoconych mężczyzn, kobiet w każdym możliwym wieku. Twarze rozjaśnione, oczy rozpalone, nie zauważają mnie. Jakaś kobieta pmaga mi wstać, uśmiecha się do mnie i zakrzykuje.

„DEUS VULT! Nasz Pan nadchodzi! „

Kiwam jej głową i szybko ruszam dalej. Wychodzę z parku, mijam zniszczone bloki, wokół wszędzie leżą zwłoki, piętrzą się na sobie. Zatrzymuje się, gdy słyszę za sobą znajomy głos.
Gdy się odwracam zamieram widzę swą żonę.
Stoi otoczona światłością, w jej rękach jednoroczny syn.
Ubrana jest na biało, wyciąga do mnie rękę.
„Chodź do nas.”
„Nie. Jeszcze nie.”

Milknę, spoglądam na jej niebiańskie oblicze.
„Coś jeszcze muszę zrobić”.
Ruszam dalej, mimo, że ona woła mnie. Gdy docieram na otwartą polanę. Zaczyna wiać wiatr, tak, że wysusza mi usta, oczy zaczynają krwawić. Jednakże idę dalej. Gdy wychodzę zza budynku zauważam las.

Płonie, po horyzont nie widać nic innego, jak ogień i dym. Wycieram oczy z krwi i sięgam po raz kolejny po pistolet, przyglądam się mu. Wydaje się wręcz świecić, jest odpowiedzialny, zawsze gotowy wykonać swe zadanie, ale czy ja jestem? Skręcam i ruszam w stronę jednego z niewielu ocalałych budynków. Kościoła, który prężnie stoi wśród gruzów. Wydaje się być nienaruszony, co daje surrealistyczne wrażenie, patrząc na wszystko inne co widziałem ostatnio. Podchodzę do bram, na których ktoś ukrzyżował starego księdza. Oglądam przez chwilę jego zniszczone kijami i kamieniami ciało. Ktoś wyjątkowo cierpliwie pracował nad jego twarzą, która teraz zmieniła się w czerwoną i bezkształtną masę. Zdejmuję go, i otwieram bramę.
Wiatr wzmaga się, zmuszając mnie do powolnego, lecz uparczywego podążania do drzwi budynku. Nie ma nikogo w okolicy, co dziwi mnie niezmiernie. Jednakże, nielicząc zwłok na bramie, nie widać żadnych śladów na tym kościele. Jego długa wieża sięga nieba, wydaje się ginąć w gęstych czarnych chmurach. Nie czuję smogu, nie czuje szarych płatków wciąż lecących z nieba. Wszystkie moje zmysły wydają się ograniczone do minimum. Otwieram drzwi do kaplicy.

Na końcu korytarza widzę światłość, a w niej postać, która wydaje się wyciągać ręce ku mnie.

„Witaj synu, dotarłeś wreszcie.”
Klękam i wyciągam do niej dłoń.

„Dlaczego?” Szepcze. Mój głos jest prawie niedosłyszalny, postać przybliża się do mnie.

„Dlaczego stworzyłeś taki świat? Z takim okrucieństwem? Bólem, śmiercią, nienawiścią? „
Postać powstaje, ledwo widzę jej kontur, bo zakrwawione oczy zasychają.

„Dlaczego stworzyłem okrucieństwo i cierpienie? Bo trzeba było. Bo nie istniejecie bez skazy, bo jeśli bym nie stworzył, sami byście wymyślili je. Bo cierpienie i ból musiały istnieć.”

Chichoczę na tą odpowiedź i wyciągam pistolet.

„Co masz zamiar zrobić synu?”

„Nie wierzę w ciebie”. Odpowiadam mu. Postać rozkłada ręce.

„Oto jestem.”

„Nie kocham ciebie. Neguje to co stworzyłeś, gardzę twą drogą i nie chcę więcej cię widzieć.”
Postać zamiera. Nie widzę jej twarzy, ale spodziewam się, że widziałbym twarz zagniewanego ojca.

Zastanawiam się przez chwilę w ostatniej chwili przychodzi mi do głowy myśl.

„Stworzyłeś Adama i Ewę, ich syn Kain zabił Abla.”
Zamykam oczy.

„Adam zabija boga.”
Naciskam spust.

A potem jest błoga ciemność.

Reklamy

3 Responses to Dzień w który spotkałem Pana.

  1. palacz says:

    Złoooo:) Apokalipsa jest jednak całkiem fajna;)

  2. pbarwik says:

    tia, cieszę się, że się podobało:)
    Znaczy chyba się podobało 😛

  3. RCA says:

    Złooooo!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: