Do Ani.

Droga Aniu.

Ciężko mi to pisać, ciężko będzie za pewne to czytać.

Patrzę przez okno i myślę.

Za dużo myślę.

Po pierwsze? Kocham Cię. Tak. Często to mówiłem, a nadal nie do końca rozumiem te zdania. Im więcej się dowiadywałem o Tobie tym więcej kochałem.

Tą złą bolesną miłością. Tą, która stwierdza, że jedynym wyjściem jest schować ukochanego w sobie. Otworzyć klatkę piersiową i schować wewnątrz.

Nie wiem czy widziałaś mnie na tej pierwszej imprezie. Zauważyłem Cię od razu. Czarne krótkie włosy, niebieskie oczy.

Znasz ten moment, kiedy zauważasz coś strasznie pięknego i serce na chwilę zatrzymuje się? Ten moment bólu fizycznego? Tak się czułem, ale nie mogłem podejść. Nie mogłem i nie chciałem byś mnie odrzuciła. Przez ten krótki okres byłaś dla mnie jak Venus z Millo. Idealna. Nie skażona. Nawet seksualnością.

Na następnej imprezie pijany kumpel przedstawił nas sobie. Uśmiechnęłaś się.

Ja umarłem.

Pierwsze rozmowy były o niczym. O polityce, pogodzie, książkach.

Nie pamiętam reszty wieczoru, Wiem, że po godzinie w głowie widziałem Cię na ślubnym kobiercu. Ja jakimś cudem także przypadłem Ci do gustu. Nie wiem, możliwe, że moja głupkowata natura rozbawiała Cię na tyle. Dałaś mi swój numer telefonu.

Tydzień później pierwszy raz pocałowaliśmy się.

Nie był to najlepszy pocałunek. To było coś nerwowego. Dwie osoby tak bardzo pragnące drugiej, że omijają konwenanse i po prostu muszą poczuć ciało.

Drugi pocałunek, to co innego. Był spokojniejszy, wyważony i dokładny. Poznawaliśmy się ustami wtedy.

Płonąłem miłością Twoją.

Seks był wspaniały, wypełniony radością z dotyku drugiego ciała.

Jak banalne wydaje mi się pisanie teraz o tym, jak obserwowałem Cię podczas snu. Dotykałem policzków, całowałem w policzek.

Nie kłóciliśmy się, ja zbyt bałem się Cię stracić. Dumny byłem z faktu, że potrafię Cię rozśmieszyć.

Po każdej nocy z Tobą chodziłem nieprzytomny, owiany Twym zapachem.

Byliśmy razem dwa lata.

Tamtego wieczoru nic nie zapowiadało tego co się stało. Gdy nie odebrałaś telefonu, coś we mnie drgnęło.  Znaleźli Cię kilka godzin później w parku niedaleko domu

Płakałem tak długo, aż zabrakło łez. Na ścianie w szpitalu złamałem sobie ręce do nadgarstków. Musieli mnie przywiązać i dać leki usypiające. Przeżyłaś, ale to co z Tobą zrobili.

Ktokolwiek stworzył to coś co Cię skrzywdziło, było żałosną wymówką na boga. Lekarze  mówili, że wyjdziesz z tego, ale nie wiedzą jaki będzie efekt psychologiczny.

Podczas gdy Ty spałaś, ja wyłem. Wyłem tak długo, aż zdarłem sobie gardło. Nie miałem jak już wyrazić swojego bólu, nie było ścian w które mogłem bić, nie było nic.

Umarłem wtedy, przy Twoim boku, widziałem Cię zniszczoną, słabą. Skrzywdzoną.

Lekarze powiedzieli, że nie ma pewności co do wyjścia ze śpiączki

Pod koniec następnego tygodnia po raz pierwszy spróbowałem popełnić samobójstwo.

Wylądowałem na pogotowiu. Wypłukali ze mnie pigułki. Lekarze coś mówili. Ja przestałem słuchać

Przestałem czuć.

Krążyłem po mieście bez celu.

Piłem i biłem bez celu. Szedłem bez celu.

Gdy po raz pierwszy wyjmowałem czyjeś zęby z kłykci, gdy słyszałem ten dziwny dźwięk chrzęst kości i te spojrzenie pełne bólu i zaskoczenia na twarzy przeciwnika.

Widziałem w ich oczach swoje zaskoczenie i ból. Tylko tak mogłem pamiętać, że kiedyś coś czułem.

Więc robiłem to częściej i częściej.

Wtedy po raz pierwszy ktoś stracił przeze mnie przytomność.  Nigdy nie czułem takiej mocy.

Zadawanie bólu wydawało mi się jedynym sposobem zbliżenia się znowu do jakiejkolwiek emocji. Jednak nie wystarczało to.

Zawsze było mało. Potrzebowałem czegoś więcej.

Znowu szukałem, szukałem Cię w cudzych oczach. W witrynach sklepów. W szklance po wódce.

W końcu Cię zobaczyłem.

W wypełnionych żalem oczach Twoich rodziców. Ojciec widział co się dzieje, ale nie wiedział jak temu zapobiec.

Nie widział gdzie zmierzam.

Byle głębiej, byle dalej od wszystkiego i wszystkich. Starałem się odsunąć ich, by.

By chyba naprawdę przekonać się, czy nic już nie czuje.

Powiedziałem im wiele gorzkich słów. Twoja mama płakała.

A ja znienawidziłem się jeszcze bardziej.

Dwa dni później kupiłem broń. Ludzie mylą się co do wagi pistoletów. Ten ciężar jest nie tylko fizyczny. Czułem go w piersi, gdy ładowałem kule.

Chciałem zabić się. Chciałem zabić coś żywego, a ja już nie żyłem. Istniałem jedynie.

Poszedłem za jednym cwaniaczkiem, który był widziany niedaleko miejsca w którym Cię znaleziono. Rzygałem po fakcie. Nic innego, żadnej mocy, żadnej dumy. Tylko wymiociny i cisza.  Której nie mogłem wypełnić. Ale na boga to nie oznacza, że nie będę próbował.

Wątpię byś mnie poznała wtedy. Przestałem się myć, nie jestem pewien czy spałem. Nie wiem czy w ogóle kogoś zabiłem.

Wiem, jedynie, że obudziłem się jednego poranka we własnych wymiotach i wiedziałem, że trzeba to skończyć.

Odwiedzałem Cię jeszcze, jak rodzice nie przychodzili. Stawałem w drzwiach, wstydziłem się wchodzić. Przestałem być godny zjawiania się obok Ciebie.

Wtedy jedyny lekarz, który jeszcze mnie rozpoznawał powiedział coś szokującego.

Powoli budziłaś się.

Wyrzuciłem broń. Ogoliłem, wykąpałem. Nie piłem, czekałem na Ciebie.

Dzień w którym otworzyłaś oczy był najjaśniejszym momentem mojego życia.

Milczeliśmy przez długi czas.  Trzymałem Cię za rękę, ale nie płakałem. Już nie potrafiłem, najgorsze jest to, że kocham Cię tak bardzo, że chyba to zabiło wszystkie uczucia we mnie. Byłem szczęśliwy, ale nie wiem czy naprawdę to czułem, czy wmawiałem sobie, że to właśnie czuje, że powinienem być szczęśliwy.

Nie byłaś już Venus z Millo.  Ja wyglądałem jak „Krzyk” Muncha. Pęknięty wewnątrz jak i zewnątrz.

Zaczęliśmy rozmawiać. Powoli, ostrożnie. Nie naciskałem, a Ty tak. Chciałaś wiedzieć co ze mną.

I wtedy to powiedziałaś. Po wielu tygodniach rekonwalescencji, powiedziałaś zdanie, które zakończyło nasz związek. Zakończyło wszystkie dyskusje.

Wyszedłem, wybiegłem, uciekłem.

Patrzę teraz przez okno. Widzę jedynie zmęczone oczy.

Nic więcej.

Wiem, że zauważyłaś mnie wtedy, po tym co powiedziałaś. Prawdziwego mnie, tego, który nie czuł już nic. Widziałem ten lęk w oczach.

Jak mogłaś Aniu?

„Wybacz im. Wybacz sobie”

Jak mam to zrobić? Będziesz widzieć ich dzieło do końca życia, ja widzę je teraz w odbiciu.

Wybaczyć sobie? Kocham Cię Aniu, ale nie ma we mnie już wybaczenia, nie ma łez, nie ma krzyku.

Jest coś. Coś innego całkowicie innego. Co mogło stworzyć to co widzę w odbiciu?

Boję się o Ciebie, o siebie dawno przestałem.

Nie wiem naprawdę do czego jestem zdolny. Patrzę na pistolet, patrzę na szybę.

Nie wiem w czym widzę dokładniejsze swoje odbicie.

Advertisements

8 Responses to Do Ani.

  1. RCA says:

    Szacunek Brat…

  2. areskaro says:

    Chyle czoła przed Twymi zdolnościami.

    • pbarwik says:

      Zdolności są małe, tylko Wy macie po prostu niskie wymagania, albo patrzycie przez pryzmat przyjaźni ze mną 😛

  3. LADAcznica says:

    czytajac to poczulam sie jakby moc, emocje zawarte w tekscie wdarly sie mi w serce.delikatnie ale stanowczo. a potem jednym brutalnym kopem rozdarlo mi serce. umieralam razem z bohaterem. czulam jego bol. dziekuje Ci Przemku. kiedy juz wydasz ksiazke- bede pierwsza z kupujacych. czekam na ten dzien

  4. osaka says:

    Przeczytałem wreszcie. Ogólnie: masz pomysły, jakiś styl. Szczególnie: zauważyłem malutką dozę niekonsekwencji i kilka (dosłownie kilka) zdań, które mogłyby być lepiej napisane. Ale +. I to nie emo + ;-).

  5. pbarwik says:

    Dzia Osaka, wiem nawet chyba gdzie i jakie, ale poprawka pójdzie potem w ruch 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: