Uwierzysz, że umieściliśmy człowieka na księżycu?

Powoli przez dziurkę od klucza, sf powraca do kin. Tym razem za pomocą małego filmu pod tytulem „Moon”:

Sam Bell (Sam Rockwell), pracujący dla Lunar, kończy właśnie swój trzyletni pobyt na samotnej placówce Sarang na Księżycu. Odizolowany, zdeterminowany i nieugięty Sam posłusznie przestrzegał zasad, a jego pobyt na Księżycu był pouczający, lecz monotonny. W samotności miał czas na przemyślenie błędów z przeszłości oraz pracę nad swym wybuchowym temperamentem. Swoją pracę wykonuje mechanicznie, zaś przez większość czasu rozmyśla o nadchodzącym powrocie na Ziemię, swojej żonie i córeczce oraz wczesnej emeryturze.

Tyle fabuła, oczywiście to opisuje może z 20 minut filmu, potem fabuła skręca, zawija się i zmusza do skupienia się na filmie.

To nie jest jeden z tych filmów, które można oglądać jednym okiem, to jest prawdziwy, oldschoolowy SF. Sam Rockwell miał przed sobą ekstremalne zadanie i wywiązuje się z niego wspaniale. Dotąd znany mi tylko jako tak zwany „that guy” zdaje się ostatnio widziałem go w Frost/Nixon. Po tym filmie będę przyglądał się z uwagą. Nie chcę nic więcej mówić, bo film jest NAPRAWDĘ dobry. Cieszę się, że go zobaczyłem, to film dla miłośników „Sunshine” Boyle’a, Kubrickowskiej „Odysei Kosmicznej 2001”.

8/10

Reklamy

Humbug

Czy ktokolwiek się tego spodziewał po Arctic Monkeys?

Mając za sobą dwie post-punkowe rockowe płytki, „Humbug” zjawia się jako dziwne piękne dziełko.

Jeśli pierwsza płyta od początku wbijała się przez drzwi, wyważając je riffem i całkowicie luzackim podejściem do muzyki. „My propeler” właściwie można, by powiedzieć, że wchodzi po cichu i spokojnie, na tyle cicho, że właściciel nie zauważa go do pewnej chwili. Taka jest cała płytka, ta punkowa atmosfera znika utopiona w dziwnej atmosferze. Całość brzmi bardzo klimatycznie, kwaśnie i pięknie. To bardzo dojrzała płyta, jak na taki zespolik, który dotąd miałem za bardzo fajną i melodyjną ciekawostkę. (Dodam bez kozery, że wciągającą całkowicie, co mówi mój profil na last.fm, gdzie walczą o prowadzenie z Metallicą w ilości odsłuchań). Zaintrygowali mnie ci angole, wiedziałem, że mają jaja i chcą robić swoją muzykę, ale połączenie się z jednym z Queens of Stone Age, to strzał dla mnie z nikąd. Fakt, na pierwszej płycie jest jeden kawałek (zdaje się, że „All you people are wampires”), który przepowiada taki zakręt, ale nawet on jest szybki dziki i punkowy. Tu punk zanika, nie będę wymieniał tytułami, ale no pierwszy singiel („Crying Lighting”) to wspaniały przykład tego albumu. Uczucie dziwności i zarazem przebojowości miesza się w jeden zakręcony kawałek. Oczywiście nadal jest to britpop(czy jak to się nazywa), czyli ta dziwna brytyjska mieszanka rocka z popem, jednak wokalista, wychodzi powoli z starej maniery i nadaje tej muzyce nowy ton. Oczywiście są minusy, płytka jest krótk, a niektóre kawałki zlewają sięw całość, co więcej są zdaje się dwa(zresztą najsłabsze), które zostały zrobione przez starego producenta i są troszkę ckliwe, ale plusów jest więcej.

 Mniej wrzasku, więcej szeptu. Bardzo. Bardzo ciekawe. Dla ludzi z otwartą głową polecam. 8+/10

Trzy kropki

Goddamn to było dziwne kilka dni.

Myśli łażą w wielu kierunkach, żaden z nich nie jest stały. Czuje się jakbym miał myślowe ADHD.

Opowiadania się rozłażą, bo nie mogę się skupić na żadnym z nich, co mam inny nastrój to obmyślam kolejne.

A jakby było tego mało, moje asocjalne skłonności ostatnio rosną w zatrważającym tempie, co mnie troszkę martwi.

No ale jak to mówi banał? Shit happens.

Z miłych opcji, Fenris obronił się, więc plusik dla niego i witamy w grupie z frustrowanych magistrów. Możliwe, że mój obecny nastrój związany jest z trzema dniami spędzonymi w domu, gdzie trwa remont.

Właściwie nie da się wyjść z pokoju. So ju noł…

Odkryłem bardzo fajny serial, surrealistyczny i bardzo zabawny Harvey Birdman Attorney at Law, masakra zabawa na 102.

Zmęczony, ale nie fizycznie. Dziwne uczucie.

Atak muzyczny:

“Odlot”!

„Odlot” to jeden z tych filmów, w którym obietnice robione przez reklamy, są spełnione. Ten animowany filmik, wzbudził we mnie niesamowite emocje. Zazwyczaj nie jestem fanem bajek, ale Pixar po prostu zniszczył jakąkolwiek konkurencje. Pierwsze 10 minut, to piękno w najczystszej postaci, reżyserzy i scenarzyści Hollywood powinni siedzieć przed filmem z notatnikiem. Całkowicie niema sekwencja, to prawdopodobnie śmierć matki Bambi naszych czasów.  „Odlot” co ciekawe nie jest filmem tylko o przygodach w Ameryce Południowej, to film o starzeniu się, o posiadaniu celu w życiu. To pojedynek dwóch starców którzy muszą zrozumieć, że cel nie powinien uświęcać środków. Jeden to zrozumie, drugi niestety nie. Oczywiście jak zwykle, musi być w filmie Pixara element komiczny, robi tu za niego sfora gadających psów, jednak muszę stwierdzić, mimo iż film jest zabawny, bardziej interesowała mnie fabuła. Co więcej niezależnie od tego, że łatwo domyśleć się zakończenia, to końcówkę oglądałem z zapartym tchem.

Nie zdarza mi się to zbyt często.

Film wygląda jak to Pixar, wygląda genialnie, głosy podłożone są świetnie, ale po raz kolejny powtórzę. Fabuła i postacie, to serce tego filmu. Malutkie sceny, są rozsiane po całym scenariuszu, moment w którym starzec rozumie w jakim domu mieszka młody skaut, to jeden z niewielu przykładów powiedzenia w filmie dla dzieci czegoś poważnego, nie uproszczając treści.

Nie mogę znaleźć w „Odlocie” wad, naprawdę.

Jedynie czepiam się sam siebie, że momentami oglądając go, łapałem się na tym, że kręciłem nosem na „realizm” i „logikę”, po czym przypominałem sobie, że to bajka. Bo się zapomina o tym. Może rzeczywiście te filmy robią się nie dla mnie, ale póki co?

Mam zamiar obejrzeć każdy następny film Pixara, który po raz kolejny pokazuje, że bajka może być dla dorosłych i dla dzieci.

9+/10

Update

Dziś kolejny angielski. Wielu ze znajomych wie już, że jestem ogólnie przerażony stanem mojej wiedzy, która jest jak się okazało minimalna. W tym sensie, że dogadam się i napiszę dobrze, ale nie wiem dlaczego, więcej w tym intuicji i niż czegokolwiek innego. yhh no zobaczymy, myślałem o przeniesieniu się poziom niżej nawet, no ale ambicja we mnie mówi, że może się uda.

Zobaczym

Póki co przygotowanie do formatu kompa. Wypaliłem resztę West Winga (z 10 płyt mi ten serial zajmuje masakra), zdjęcia, sterowniki, nowy Windows czeka.

Jutro może film u Darasa, jak się ogarnie, a jak nie, to w coś sę pogram po prostu.

Twitter był sprytnym pomysłem, bo blog jest teraz codziennie wielokrotnie updejtnięty, a zajmuje mi to kilka chwil, nawet w pracy. LOL zwycięstwo lenistwa.

byle dalej jak to się mówi.

Bonus muzyczny.

Jako, że mam taki moment melancholi dziś, dodam kawałek muzyki, który dla mnie jest jednym z najpiękniejszych soundtracków ostatnich lat.

Nick Cave + Warren Ellis, OST Assassination Of Jesse James


Uwielbiam słuchać tego kawałka.


Miasto nocy i mgły

Więc wczoraj po angielskim (masakra dodam straszna) posiedziałem chwilę w Rycerskiej, ogarniając zadanie i conditionale. Spiłem piwko z Rudym i przeszliśmy się do taksówki. Udało mi strzelić tego pięknego wieczoru kilka zdjęć:

Oczywiście nie są dobrej jakości, robione bądź co bądź telefonem, ale klimat był niesamowity. Dla takich chwil uwielbiam jesień, a zwłaszcza w Toruniu nocą.  Jednym z moich ulubionych, jest to z lampą po prawej stronie, ta postać, to Rudy, który w tym momecnie mówił (nie patrząc na mnie w ogóle), że chciałby mieć aparat. Heh.

Uwielbiam starówkę w Toruniu, uwielbiam ogólnie Toruń.

A jacyś debile potrafią się mnie pytać dlaczego.